Zagadka Lepkiego Deszczu – część 1

Rozdział 1: Poranny trening

Tego ranka na polanie przy domku Zwierząt Detektywów wszystko toczyło się spokojnie i zwyczajnie. Zofia rozłożyła maty, Alfred już rozciągał swój długi nos w różnych kierunkach, Patrycja skakała przez patyczki ułożone w równych odstępach, a Ala fruwała nad ich głowami i co jakiś czas krzyczała: „Raz, dwa, trzy, cztery!”

Tylko Lew Kuba leżał na macie na wznak, z łapami ułożonymi wzdłuż ciała, z zamkniętymi oczami –  i bardzo powoli, bardzo dostojnie, bardzo głęboko oddychał.

Wdech. Pauza. Wydech.

Wdech. Pauza. Wydech.

— Kubo — odezwał się Alfred, zatrzymując się w połowie rozciągania. — To znowu te ćwiczenia izometryczne?

— Oddechowe — odparł Kuba, nie otwierając oczu. — Tym razem oddechowe.

— Oddechowe — powtórzył Alfred powoli.

— Oddechowe — potwierdził Kuba z godnością. — Wdech przez nos, zatrzymanie na cztery sekundy, wydech przez lekko uchylone usta. Seria po dziesięć powtórzeń.

Alfred zmrużył oczy.

— To brzmi dokładnie jak zwykłe leżenie.

Kuba otworzył jedno oko.

— Alfredzie — powiedział z powagą — umiejętność spokojnego oddychania jest absolutnie kluczowa w pracy detektywa. Kiedy śledzimy podejrzanego, nie możemy sapać. Kiedy czaimy się w zaroślach, nie możemy dyszeć. Kiedy rozmawiamy z przestraszonym świadkiem, nasz oddech musi być spokojny i równy, żeby świadek nam zaufał.

Patrycja zatrzymała się przy patyczkach i spojrzała na niego.

— To… brzmi całkiem rozsądnie — przyznała po chwili.

— Widzicie? — mruknął Kuba z zadowoleniem i zamknął drugie oko. — Ćwiczę ciężej niż wy wszyscy razem wzięci.

Alfred i Zofia wymienili spojrzenia.

— Tak, tak, widzimy — parsknął Alfred i wrócił do rozciągania nosa.

Ala zrobiła trzy kółka w powietrzu i zawołała:

— Raz, dwa, trzy, cztery! I wydech!

Kuba uśmiechnął się i wziął kolejny głęboki, spokojny, profesjonalny oddech.

Rozdział 2: Pierwsze skargi

Po śniadaniu — Alfred jak zwykle zjadł owsiankę z mrówkami, Ala suszone owoce, Zofia palmowe liście z odrobiną soku, Patrycja ser z krakersami, a Kuba wielką miskę sałaty z pomidorami i hojną posypką o smaku steku — Zwierzęta Detektywi otworzyli biuro dla interesantów.

Pierwszym gościem był Motyl Maks. Wleciał przez drzwi nieregularnie, zygzakiem, co chwilę zahaczając skrzydłami o futrynę i ściany, a potem z wielkim trudem wylądował na stole.

— Detektywi — powiedział z wysiłkiem — mam poważny problem.

Patrycja już miała otwarty notes.

— Słuchamy, Maksie.

— Moje skrzydła — powiedział Maks — są sklejone. — Pokazał je. Rzeczywiście, na lewym skrzydle widać było wyraźny, lśniący ślad czegoś lepkiego. — Z nieba kapie coś słodkiego. Nie wiem, co to jest, ale kiedy na mnie spadło, kleiło się przez długi czas. Ledwo dotarłem.

— Od kiedy pada? — zapytała Patrycja, pisząc.

— Od dzisiejszego poranka — odparł Maks. — Tuż po wschodzie słońca. Najpierw myślałem, że to rosa, ale rosa nie jest tak gęsta i nie klei skrzydeł.

— Z jakiego kierunku leciałeś, kiedy na ciebie spadło? — zapytała Zofia.

— Od Wzgórza Miodowego — odpowiedział Maks. — Zawsze tędy lecę rano.

Patrycja zanotowała to i podkreśliła.

Chwilę później wpadł Jerzyk Jaś, brat Zięby Zosi — przyjaciół Patrycji z dawnej szkoły. A właściwie — wpadł razem z kilkoma liśćmi, kawałkiem kory, dwiema szyszkami i jedną paprotką, które wszystkie zahaczył po drodze swoimi długimi skrzydłami i wlókł teraz za sobą po podłodze.

— Dobry dzień — powiedział Jaś, trochę przygarbiony pod ciężarem przyczepionego do niego lasu.

— Jasiu — odezwał się Alfred — czy ty masz na sobie całe wzgórze?

— Prawie — westchnął Jaś. — Wszystko się do mnie przykleja. Od rana. Wyszedłem z mojej dziupli, otarłem się o gałąź i od razu przykleił mi się liść. Potem szyszka. Potem paproć. Potem kawałek kory. Czyszczę skrzydła, ale za chwilę znowu coś się przykleja. I to pachnie jak miód — tylko bardzo gęsty.

Patrycja zanotowała i znowu podkreśliła.

Jako ostatnia weszła Małpka Mela — ze smutną miną i rękami wyciągniętymi przed siebie, jakby niosła coś niewidzialnego.

— Nie mogę złapać lian — powiedziała. — Ręce się kleją. Próbowałam skakać rano i zamiast się odbić od liany, przyklejam się do niej i wiszę jak owoc. To niekomfortowe.

— Od jakiej strony lecą krople? — zapytał Kuba, który przez cały czas słuchał z półotwartymi oczami.

— Od Wzgórza Miodowego — odpowiedziała Mela.

Zwierzęta Detektywi spojrzeli na siebie.

Patrycja zamknęła notes.

— Wzgórze Miodowe — powiedziała. — Trzy skargi. Troje poszkodowanych. Ten sam kierunek. — Wstała. — Zaczynamy śledztwo.

Rozdział 3: Podejrzany trop

Pierwszym krokiem było jezioro. Alfred zawsze zaczynał od jeziora, gdy coś pachniało dziwnie — a tym razem dosłownie wszystko pachniało słodko od samego rana.
Detektywi stanęli na brzegu. Alfred bez słowa wszedł do wody po kolana, zamknął oczy i skupił się na zapachu.
Przez chwilę panowała cisza.

— Słodkie — powiedział w końcu. — Zdecydowanie słodkie. I… miodowe. Wyraźnie miodowe.

Patrycja otworzyła notes i zrobiła poważną minę.

— Pamiętacie — powiedziała wolno — Sprawę Zakochanych Zwierząt?

Kuba zmrużył oczy.

— Pamiętam — mruknął.

— Ktoś dodał do jeziora miksturę Łasicy Łucji — kontynuowała Patrycja — i przez tydzień flamingowa dostawała serenady od lemura o trzeciej w nocy, gazela wręczała kwiaty krokodylowi, a jeż z dzikiem zachowywali się, jakby byli sobie przeznaczeni od zarania dziejów. — Zamknęła notes. — Jeżeli znowu ktoś wrzucił coś do jeziora…

— To będziemy mieć bardzo zakochaną dżunglę — dokończył Alfred, patrząc na wodę z powątpiewaniem.

— Idziemy do Łasicy Łucji — zdecydował Kuba tonem nieprzyjmującym sprzeciwu. — Ona będzie wiedziała, czy ktoś znowu sięgnął po jej przepis.

Ruszyli ścieżką wzdłuż jeziora w kierunku chatki Łasicy. Po drodze Ala fruwała z przodu, Patrycja notowała w biegu, Alfred węszył przy każdym krzewie, a Zofia szła spokojnie, wyciągając szyję co jakiś czas i obserwując dżunglę z góry.

I właśnie kiedy mijali zakręt przy starych bambusach, Zofia nagle zatrzymała się.

— Poczekajcie — powiedziała cicho.

Wszyscy stanęli.

Zofia wyciągała szyję coraz wyżej, coraz bardziej na zachód, w stronę Wzgórza Miodowego. Jej oczy zwęziły się.

— Tam — powiedziała. — Nad wzgórzem. Patrzcie.

Wszyscy spojrzeli w górę.

Nad Wzgórzem Miodowym, w jasnym porannym niebie, unosiło się coś dużego. Coś okrągłego. Właściwie — kilka okrągłych rzeczy spiętych razem, kołyszących się leniwie w ciepłym powietrzu jak dziwna, kolorowa chmura.

— Balony — powiedział cicho Alfred.
— Wiązka balonów — poprawił Kuba. — Dużych. Bardzo dużych.
— Ciekawe, co to za święto — mruknęła Patrycja, notując tę obserwację na marginesie. — Później to sprawdzimy. Najpierw Łucja.

Do Łasicy Łucji ruszyli dalej ścieżką wzdłuż jeziora, bo w tej sprawie najpierw chcieli porozmawiać z kimś, kto zna się na miksturach lepiej niż ktokolwiek w dżungli.

Rozdział 4: Łasica Łucja i zapach igieł sosnowych

Chatka Łasicy Łucji stała na niewielkiej polanie, otoczona grządkami ziół leczniczych i suszącymi się na sznurkach pęczkami lawendy, mięty i czegoś, czego Alfred nigdy nie umiał nazwać, ale co zawsze kojarzyło mu się z ciepłym popołudniem.

Łasica Łucja otworzyła drzwi, zanim jeszcze zdążyli zapukać.

— Spodziewałam się was — powiedziała spokojnie. — Wejdźcie.

Usiedli w małej izbie pachnącej ziołami. Łucja postawiła na stole herbatę i spojrzała na Patrycję.

— Pytacie o miód?

— Pytamy o miksturę — powiedziała Patrycja ostrożnie.

— Tym razem nie — odparła Łucja spokojnie. — Nikt nic nie kradł. Ale tydzień temu przyszło do mnie pewne zwierzę z pytaniami. — Złożyła łapy na stole. — Pytało o właściwości miodu. Ile go potrzeba na deser dla całej dżungli. Jak długo zostaje lepki. Czy można nim napełnić balon, nie tracąc konsystencji.

Patrycja pisała szybko.

— Czy możesz powiedzieć kto? — zapytała.

Łucja przez chwilę milczała.

— Powiem tyle — odezwała się w końcu — że pachniało orzechami. I igłami sosnowymi. I było bardzo podekscytowane. Skakało w miejscu, kiedy mówiłam o miodzie.

Alfred odłożył kubek z herbatą.

Patrycja odłożyła ołówek.

Oboje spojrzeli na siebie.

— Wiewiórka — powiedzieli jednocześnie.

Kuba kiwnął głową powoli.

— Idziemy na wzgórze.

Rozdział 5: Wiązka balonów i nieoczekiwani goście

Wzgórze Miodowe było strome i zarośnięte dziką trawą. Dotarcie na jego szczyt zajęło detektywom dobre pół godziny. Ale już z połowy drogi widzieli, że znaleźli właściwe miejsce.

Wiązka balonów unosiła się nisko nad szczytem wzgórza — duża, barwna chmura lśniących kul, wypełnionych helem. Do każdego pęku podwieszony był niewielki, przezroczysty zbiornik, a w każdym z nich coś innego: miód, syrop owocowy, krem orzechowy, miodowa lemoniada i syrop miętowy.

Ze zbiorników kapało. Powoli, regularnie, nieustannie — jak bardzo słodki, bardzo lepki deszcz.

— To dlatego pada z jednego miejsca — powiedziała Zofia, patrząc w górę.

— I dlatego wszystko się klei — dodała Patrycja, notując.

Alfred podszedł do sznura ostrożnie i spróbował go chwycić, żeby ściągnąć wiązkę niżej. Ale sznur był wysoko, musiał się podciągnąć — i w tej samej chwili jego tylne łapy oderwały się od ziemi.

— Unoszę się — powiedział spokojnie.

— Widzę — odparł Kuba i jednym krokiem podszedł do Alfreda, chwycił go za ogon i przyciągnął z powrotem na ziemię.

— Dziękuję.

— Proszę.

Kuba spojrzał w górę. Balony były zdecydowanie za wysoko na bezpośrednie chwycenie.

— Potrzebujemy kogoś, kto potrafi latać albo kto jest odpowiednio duży — powiedział.

Ala już otwierała dziób, żeby zaproponować swoją pomoc, gdy nagle z drzew po drugiej stronie polany dobiegł odgłos trzaskających gałęzi, tupotu kopyt i czegoś, co brzmiało jak bardzo zaskoczone: „Gdzie my jesteśmy?!”

Z zarośli wypadły dwie postacie.

Pierwsza — duży, brązowy Byk z szerokimi rogami, który miał na głowie, grzbiecie i wszystkich czterech kopytach gęste warstwy miodu zmieszanego z syropem i kremem orzechowym.

Druga — Sokół o stalowoszarych skrzydłach, który wyglądał nieco lepiej, ale jego pióra w kilku miejscach wyraźnie sklejały się ze sobą.

Obaj stali przez chwilę nieruchomo, mrugając oczami.

— To nie jest Kraina Kucyków — powiedział Byk.

— Nie — zgodził się Sokół. — Zdecydowanie nie jest.

— Seba?! — wykrzyknęła Ala.

— Bartek! — powiedział jednocześnie Kuba.

Sokół Seba i Byk Bartek — przyjaciele Koguta Kostka i Kozy Klary — stali na środku polany i rozglądali się zdezorientowani. Wracali z Krainy Kucyków przez portal, ale najwyraźniej coś poszło nie tak.

— Pomyliliśmy portal — wyjaśnił Seba spokojnie, strzepując miód z prawego skrzydła. — Powinniśmy trafić do Krainy Ludzi, a zamiast tego…

— Wylądowaliśmy w tym. — Bartek strząsnął miód z lewego rogu. Miód prysnął na pobliski krzew. — Kostek i Klara mówili, że tu bywa ciekawie. Ale nie spodziewałem się aż tak.

— Przynajmniej przylecieliście w odpowiednim momencie — powiedział Kuba, patrząc na Sebę z nową uwagą. — Sebo. Potrafisz latać wysoko?

Sokół uniósł głowę i zmierzył wzrokiem wiązkę balonów kołyszących się nad wzgórzem.

— Widzę problem — powiedział krótko. — Ale nie wiem jeszcze, jak go rozwiązać.

Bartek otrząsnął z rogów krople miodu, które z cichym pluśnięciem spadły na trawę.

— Jeśli trzeba coś przytrzymać albo pociągnąć, jestem do usług — mruknął. — Tylko powiedzcie, za co?

Detektywi spojrzeli po sobie. Nad ich głowami balony kapały nieustannie, a słodki deszcz wciąż spadał na dżunglę.

— Wygląda na to, że mamy nową ekipę do współpracy — powiedziała cicho Patrycja, zamykając notes. — I największą zagadkę od czasu zakochanych zwierząt.

Kuba wziął głęboki, spokojny oddech.

— Dobrze — mruknął. — Jutro zaczniemy planować, jak zatrzymać ten deszcz. Dzisiaj musimy się dowiedzieć, kto i po co wypuścił tę słodką chmurę.

Balony zaszeleściły lekko na wietrze, jakby same chciały coś odpowiedzieć.

A dżungla, wciąż pachnąca miodem, czekała na dalszy ciąg śledztwa.

📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!

🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.