W poprzednim odcinku nad dżunglą zaczął padać dziwny, lepki deszcz. Motyl Maks miał sklejone skrzydła, Jerzyk Jaś nie mógł wylecieć z dziupli, a Małpka Mela przyklejała się do każdej liany. Zwierzęta Detektywi rozpoczęli śledztwo — najpierw do jeziora, potem do Łasicy Łucji, która naprowadziła ich na trop wiewiórki.
Nad Wzgórzem Miodowym detektywi odkryli wielką wiązkę kolorowych balonów, z których kapało coś bardzo słodkiego. I właśnie wtedy, zupełnie niespodziewanie, z krzaków wypadli Sokół Seba i Byk Bartek — starzy znajomi z farmy, którzy pomylili portal i wylądowali w samym środku słodkiego bałaganu. A zagadka wciąż czekała na rozwiązanie…
Rozdział 6: Wiewiórka Wandzia
Balony nadal kapały, a słodki deszcz wciąż padał na dżunglę. Zwierzęta Detektywi oraz Seba i Bartek stali na polanie, patrząc to na siebie, to na kołyszącą się nad nimi kolorową chmurę.
— Czyli mamy balony, mamy miód i mamy nas — podsumował Alfred. — Brakuje nam tylko odpowiedzi na pytanie: kto to wszystko wymyślił?
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, spod krzewu z lewej strony polany dobiegł cichutki dźwięk.
— Ktoś tam jest — szepnęła Patrycja, ściskając notes.
Seba bez słowa uniósł się w powietrze i zawisł nad krzewem, rozglądając się z góry. Bartek cofnął się o krok i czekał. Alfred uniósł nos.
— Czuję orzeszki — powiedział cicho. — I igły sosnowe.
Kuba zrobił znak łapą: wszyscy powoli, cicho ruszyli w stronę krzewu.
I właśnie w tej chwili jeden z balonów — ten kremowy, wypełniony orzechowym kremem — puścił nagle głośne pssssssss i zaczął opadać, wirując w powietrzu jak szalona, kręcąca się bańka.
— Uwaga! — krzyknął Seba z góry.
Ale było za późno.
Balon zatoczył koło nad polaną, prysnął kremem we wszystkich kierunkach i z hukiem wylądował dokładnie na głowie Bartka. Byk stał przez chwilę nieruchomo, cały biały od kremu, z balonem na rogach jak w bardzo dziwnym kapeluszu.
Cisza.
— Bartek — odezwał się w końcu Kuba bardzo spokojnie — czy ty żyjesz?
— Żyję — mruknął Bartek spod kremu. — Ale już drugi raz dzisiaj wylądowało mi coś na rogach i zaczynam myśleć, że to nie przypadek.
Alfred podszedł, powąchał krem na rogu Bartka i kiwnął głową z powagą.
— Orzechowy — stwierdził. — Dobry rocznik.
Seba na gałęzi nad nimi westchnął.
— Skupcie się — powiedział. — Pod krzewem coś się rusza.
I rzeczywiście — krzew zadrżał, potem zadrżał mocniej, a potem z jego środka dobiegł już nie cichy, lecz wyraźny dźwięk. Ktoś płakał.
Patrycja podeszła pierwsza, cicho i spokojnie. Przykucnęła przy krzaku i ostrożnie rozsunęła gałęzie.
Pod krzewem, skulona w kłębek, z rdzawobrązowym ogonem owiniętym wokół siebie, siedziała Wiewiórka Wandzia. Cała w syropie. Z mokrymi oczami i nosem koloru malinowego.
Kuba otarł krem z czoła, wyprostował się i podszedł spokojnie.
— Wandziu — powiedział łagodnie. — Nic ci nie zrobimy. Ale chyba czas nam powiedzieć, co się tu dzieje.
Wiewiórka spojrzała najpierw na lwa, potem na kremowego Bartka, potem na resztę ekipy — wszystkich oblepionych w różnym stopniu miodem, syropem i kremem — i zamiast odpowiedzieć, zrobiła coś nieoczekiwanego.
Zachichotała.
Tylko przez sekundę, potem znowu zaczęła płakać, ale ten jeden chichotek wystarczył, żeby Kuba się uśmiechnął.
— No widzisz — powiedział, siadając przy krzewie. — Już lepiej. Teraz mów.
Wandzia wciągnęła nos.
— Chciałam zrobić niespodziankę — zaczęła cicho. — Dla wszystkich. Tydzień temu przechodził tędy Kostek. Kogut Kostek, z farmy. Opowiadał mi, czego się nauczył podczas swojej ostatniej wyprawy — że szczęście polega na dawaniu innym radości. Że jego szczęściem jest widzieć, jak ktoś cieszy się z czegoś, co dla niego zrobił. — Urwała. — I ja tak samo. Moje szczęście jest wtedy, gdy kogoś poczęstuję. Gdy ktoś je i ma taką minę, jakby naprawdę było mu dobrze.
— Balony z miodem — powiedziała Patrycja spokojnie.
— Z miodem, syropem owocowym, kremem orzechowym, miodową lemoniadą i syropem miętowym — kiwnęła głową Wandzia. — Każdy balon inny smak. Przywiązałam je do drzewa i chciałam poczekać do soboty, do Dnia Dżunglowego Pikniku. Miały spaść wszystkie naraz, na polanie, i oblać wszystkich słodkim deszczem. To miało być piękne.
— Ale sznur się urwał — powiedział Alfred.
— Sznur się urwał — potwierdziła Wandzia i znowu zaczęła płakać. — I teraz pada od trzech dni, i kleją się skrzydła, i Jaś ma las na skrzydłach, i Mela nie może skakać na lianach, i ja chciałam tylko żeby wszystkim było miło, a zamiast tego wszystko popsułam, i…
— Wandziu — powiedział Kuba spokojnie. — Oddychaj.
Wiewiórka spojrzała na niego.
— Wdech przez nos — powiedział Kuba poważnie. — Zatrzymaj na cztery sekundy. Wydech przez lekko uchylone usta.
Wandzia zmrużyła oczy, ale posłuchała. Wzięła głęboki oddech. Zatrzymała. Wypuściła powoli.
— To… trochę pomaga — powiedziała ze zdziwieniem.
— Wiem — odparł Kuba z godnością. — Dlatego robię ćwiczenia oddechowe.
W tym momencie Bartek odchrząknął.
Wszyscy spojrzeli na Byka. Bartek stał i patrzył na drzewo, przy którym był kiedyś przywiązany sznur. Potem spojrzał na swój prawy róg. Potem znowu na drzewo. Na korze widać było wyraźne, głębokie zarysowanie — dokładnie w kształcie rogu.
— Przepraszam — powiedział w końcu. — Ale to drzewo… Tydzień temu tędy przechodziłem. Ktoś zawołał mnie z drugiej strony wzgórza i odwróciłem się gwałtownie. Zahaczył mi się róg o coś przy drzewie. Myślałem, że to gałąź.
Cisza.
— Bartek — powiedziała Patrycja powoli — czy ty właśnie przyznałeś się do urwania sznura?
Bartek zmrużył oczy.
— Właśnie jestem tego świadomy — powiedział z rezygnacją. — Przepraszam, Wandziu.
Wiewiórka patrzyła na niego przez chwilę. Potem westchnęła.
— Nie wiedziałeś — powiedziała. — Ja też nie zaplanowałam dobrze. Powinnam była wybrać grubszy sznur.
— I powiedzieć komuś o swoim planie — dodała Patrycja łagodnie.
— I powiedzieć komuś — zgodziła się Wandzia cicho.
Rozdział 7: Jak opuścić balony
Sprawa była jasna — ale balony wciąż kapały. Żeby zatrzymać słodki deszcz, trzeba było je opuścić ostrożnie, nad jeziorem, żeby miód nie zalał całego wzgórza naraz.
Seba wzbił się w powietrze i zawisł nad wiązką, przyglądając się każdemu balonowi z osobna.
— Są mocno napełnione — zawołał z góry. — Jeżeli przekłuję wszystkie naraz, to wyleje się dużo. Musimy to zrobić nad jeziorem.
— Ile ważą? — zawołał Kuba.
— Nie jestem w stanie ich podnieść sam — odpowiedział Seba. — Potrzebuję pomocy od dołu.
Seba zanurkował w powietrzu, chwycił w dziób zwisający wysoko sznur i pociągnął go w dół, podając Bartkowi. Byk rozejrzał się i bez słowa owinął go sobie wokół rogów i przedniej łapy.
— Prowadź — powiedział do Seby.
To, co nastąpiło przez następne dwadzieścia minut, było widowiskiem, które zapamiętało potem wiele zwierząt z dżungli. Seba leciał nisko, naprowadzając wiązkę balonów powoli w stronę jeziora. Bartek szedł za nim po wzgórzu, trzymając sznur z całą swoją byczą siłą. Kuba asekurował z boku, gotowy skoczyć, gdyby coś poszło nie tak. Alfred obserwował i wąchał powietrze, uprzedzając, kiedy strużka syropu zaczyna lecieć w złym kierunku. Patrycja notowała wszystko. Ala fruwała z przodu i ostrzegała o przeszkodach. Zofia prowadziła Bartka najkrótszą możliwą ścieżką, bo znała każdy kamień na tym wzgórzu.
Wandzia szła za wszystkimi z tyłu, ściskając w łapkach mały kawałek sznura — żeby czuć, że też pomaga.
Gdy dotarli nad jezioro, Seba zaczął nakłuwać dziobem balony, po jednym z każdego pęku — powoli, uważnie, tuż nad taflą wody. Hel ulatywał z cichym sykiem, a każdy zbiornik unosił się przez moment, po czym przechylał i wypuszczał w dół swoją zawartość: złoty miód, pomarańczowy syrop, kremowy orzech, żółtą lemoniadę i zieloną miętę.
Gdy ostatni, jasnozielony pęk opróżnił się z miętowego syropu i opadł miękko na trawę przy brzegu, przez chwilę panowała zupełna cisza.
Potem Alfred wszedł do jeziora po kolana.
Nabrał do ust łyk wody.
— Woda jest teraz zdecydowanie smaczniejsza niż przed śledztwem — powiedział z powagą. — I — co ważne — nikt się w nikim nie zakocha.
Kuba się roześmiał. Potem zaśmiali się wszyscy.
Wandzia też — trochę przez łzy, ale już naprawdę.
Rozdział 8: Piknik na polanie
— Wandziu — powiedział Kuba, wracając z jeziora — masz jeszcze miód?
Wiewiórka zmrużyła oczy.
— Trochę — przyznała ostrożnie. — W spiżarni.
— To organizujemy piknik — zdecydował Kuba. — Dzisiaj, na polanie. Bez balonów. Bez deszczu. Z prawdziwym stołem i prawdziwymi talerzami.
— Ale to miało być dla całej dżungli — powiedziała Wandzia. — A tak to tylko…
— Zaprosimy wszystkich, na których spadł ten słodki deszcz — powiedziała Patrycja. — Maksowi pomożemy oczyścić skrzydła, Jasiowi rozkleić pióra, a Meli wyszorować ręce, żeby znowu mogła skakać po lianach.
— A resztę zapraszamy po prostu dlatego, że chcą przyjść — dodała Zofia.
Seba złożył skrzydła i powiedział spokojnie:
— Zostajemy.
Bartek kiwnął rogiem, z którego wciąż odrobinę kapał miód.
— Ja też. I przepraszam jeszcze raz, Wandziu.
— Już dobrze — powiedziała Wiewiórka. I tym razem brzmiało to naprawdę jak dobrze.
Piknik odbył się tego samego popołudnia. Zofia rozłożyła koc, Patrycja ustawiła zapisane karteczki z imionami gości przy każdym miejscu — bo lubiła porządek nawet przy pikniku. Alfred przygotował herbatę z ziół dżunglowych i podał do niej kilka plasterków owoców. Ala czyściła Maksowi skrzydła cierpliwie i dokładnie. Kuba pomagał Jasiowi wyczesywać ze skrzydeł liście i szyszki, co wyglądało komicznie, bo Kuba przy Jasiu był jak góra przy kamyku.
Wandzia przyniosła miód w słoiku — skromny, ale własny.
— Przepraszam, że nie wyszło tak jak chciałam — powiedziała, stawiając słoik na kocu.
— Wyszło inaczej — powiedziała Patrycja. — Ale też dobrze.
— Moje szczęście jest wtedy, gdy kogoś poczęstuję — przypomniała Wandzia.
— No to właśnie kogoś poczęstujesz — powiedział Kuba, otwierając słoik i nabierając miodu na łapę z wyraźnym zadowoleniem. — I zrobiłaś to. Tylko według odrobinę innego planu, niż zakładałaś.
Rozdział 9: Pożegnanie przy portalu
Wieczorem Zwierzęta Detektywi odprowadzili Sebę i Bartka do portalu przy wielkim drzewie figowym na skraju dżungli. Portal pulsował delikatnym złotym światłem — tym razem odpowiedni, prowadzący do Krainy Ludzi.
— Następnym razem sprawdźcie, który to portal, zanim wejdziecie — powiedział Kuba.
— Następnym razem — odparł Seba — może wejdziemy celowo.
Bartek stał przez chwilę i patrzył na dżunglę. Na jezioro błyszczące w oddali. Na polankę, na której jeszcze leżał koc po pikniku.
— Kostek i Klara mieli rację — powiedział. — Tu jest ciekawie.
— Jest — zgodziła się Ala.
Seba i Bartek weszli do portalu. Złote światło zamigotało, rozbłysło i zgasło.
Na polanie zostały tylko Zwierzęta Detektywi, Wandzia i wieczorna cisza dżungli, przerywana tylko śpiewem żab i dalekim szumem jeziora — które tego wieczoru pachniało już tylko świeżą wodą, odrobiną mięty i ledwie wyczuwalną nutą miodu.
— Sprawa zamknięta — powiedziała Patrycja, zamykając notes.
— I piknik udany — dodała Wandzia cicho.
— I woda w jeziorze smaczniejsza niż kiedykolwiek — stwierdził Alfred.
Kuba ziewnął, przeciągnął się i spojrzał na gwiazdy.
— A teraz — powiedział — wracam na matę. Mam jeszcze pięć serii oddechowych do zrobienia.
I ruszył spokojnie przed siebie, oddychając głęboko i dostojnie, jakby to był najtrudniejszy trening w całej historii dżungli.
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.

