Home » Opowieści Detektywów » Zagadka Złotego Klucza – Pierwszy Dzień Szkoły

Zagadka Złotego Klucza – Pierwszy Dzień Szkoły

Poranek w dżungli

Sierpniowy poranek w afrykańskiej dżungli był pełen energii i odgłosów budzącego się lasu. Słońce przebijało się przez gęste korony palm, a z oddali dochodził plusk wody z jeziora tuż za domkiem Zwierząt Detektywów. Ptaki śpiewały swoje poranne pieśni, a małpy przekomarzały się na lianach.

Agencja „Zwierzęta Detektywi” planowała dzień pełen wakacyjnego relaksu – może trochę pływania w jeziorze, może łowienie ryb albo po prostu leniwego odpoczynku na pomoście.

Mysz Patrycja już przygotowywała swoje ćwiczenia poranne na drewnianym tarasie, gdy lew Kuba przeciągał się na swoim ulubionym leżaku, prezentując najnowszy wakacyjny kapelusz z szerokim rondem.

– Dzisiaj żadnych zagadek! – oznajmił teatralnie. – Tylko dżungla, słońce i spokój!

Żyrafa Zofia delikatnie rozciągała szyję w stronę wschodzącego słońca, a mrówkojad Alfred powoli, jak zawsze, układał swoje fiolki z zapachami tropikalnymi. Papuga Ala kręciła się wokół wszystkich, nucąc jakąś beztroskę melodię.

– Prawda, że cudownie mieć wolne od pracy? – zapiszczała Patrycja, robiąc przysiady z lupą w łapce.

Ale spokój nie trwał długo. Znad jeziora, od strony wzgórza ze starym baobabem, nadleciał zdyszany posłaniec – młody tukan imieniem Tomek.

– Ratunku! – wykrzyknął, lądując tuż przed drewnianym domkiem. – Pani dyrektor Sowa Sylwia i pan woźny Borsuk Barnaba potrzebują pilnej pomocy Zwierząt Detektywów!

Alfred powoli uniósł głowę.

– Co się stało, młody?

– Zaginął złoty klucz do wielkiego baobabu! – wykrzyknął Tomek. – Ten, w którym są wszystkie listy nowych uczniów i klucze do klas! Bez niego szkoła nie może się rozpocząć jutro!

Kuba zdjął swój kapelusz wakacyjny i sięgnął po detektywistyczny.

– No to jednak będzie praca – mruknął, ale w jego oczach już błyszczał entuzjazm.

Pierwsze oględziny

Detektywi szybko spakowali sprzęt i ruszyli za tukanem na wzgórze, gdzie stał majestatyczny baobab szkolny. Pan woźny Borsuk Barnaba chodził tam i z powrotem, wyraźnie zdenerwowany. Przy baobaBie stało już kilka innych zwierząt – widocznie wieść o zaginięciu klucza rozeszła się szybko.

– Ach, jak dobrze, że przyszliście! – zawołał Barnaba, widząc drużynę. – To katastrofa! Nie mam pojęcia, jak to się stało!

Patrycja natychmiast wyjęła swój notes.

– Panie Barnaba, proszę nam wszystko spokojnie opowiedzieć. Kiedy ostatnio pan widział klucz?

Borsuk otarł pot z czoła.

– Wczoraj wieczorem, jak zwykle, zamknąłem baobab i powiesiłem klucz na gwoździu przy drzwiach. To mój codzienny rytuał od dwudziestu lat! Klucz zawsze wisiał na tej czerwonej wstążce, dokładnie tutaj – pokazał na pusty gwóźdź.

Alfred powoli obszedł kantorek, węsząc powietrze.

– O której godzinie Pan wczoraj wychodził?

– Około zachodu słońca, może wpół do ósmej. Sprawdziłem wszystkie okna, zamknąłem drzwi…

– A czy ktoś jeszcze był w pobliżu? – zapytała Zofia, wyciągając szyję, żeby lepiej widzieć okolicę.

– Właściwie tak! – Barnaba spojrzał na grupkę zebranych zwierząt. – Pani Hipopotam Helena sprzątała staw tuż obok, prawda pani Heleno?

Hipopotam Helena, która stała w cieniu baobabu, pokiwała wielką głową.

– Rzeczywiście, widziałam pana Barnabę zamykającego szkołę. Było już ciemno, ale jeszcze nie całkiem. Sprzątałam liście z powierzchni stawu – wiecie, jak to jest przed nowym rokiem szkolnym, wszystko musi być idealne.

Kuba założył swój detektywistyczny kapelusz.

– Czy zauważyła pani coś nietypowego? Jakieś podejrzane ruchy?

Helena zmarszczyła czoło w głębokim namyśle.

– No więc… było dość głośno w okolicy. Te młode małpy znowu urządzały swoje wieczorne igrzyska na palmach. I słyszałam jakieś trzepotanie skrzydeł, ale pomyślałam, że to nietoperze wylatują na nocne łowy.

Ala zatrzepotała skrzydłami z zainteresowaniem.

– Trzepotanie? Czy mogłaby pani opisać dokładniej?

– Hmm… było dość chaotyczne. Jakby kilka ptaków jednocześnie latało wokół baobabu. Ale w zmierzchu trudno było cokolwiek dokładnie zobaczyć.

Alfred zatrzymał się przy drzwiach i powąchał gwóźdź.

– Dziwne… czuję tu mieszankę zapachów. Metaliczny zapach klucza, ale też coś jeszcze…

W tym momencie z zarośli wyszła stara żółwica Zyta, poruszając się powoli, ale zdecydowanie.

– A ja widziałam coś więcej! – oznajmiła uroczyście. – Siedziałam na swoim ulubionym kamieniu, tym przy strumieniu, i obserwowałem okolicę.

Patrycja szybko odwróciła się do żółwia.

– Co pani widziała, pani Zyto?

– Około dziewiątej wieczorem zauważyłam dziwny ruch przy szkole. Coś małego przemykało między krzakami. Na początku myślałam, że to myszoskoczek, ale poruszało się inaczej… bardziej nerwowo.

Zofia pochyliła szyję z zainteresowaniem.

– Czy mogłaby pani powiedzieć coś więcej o tym ruchu?

– No cóż, gdy się jest żółwiem, ma się czas na dokładne obserwacje – uśmiechnęła się Zyta. – To coś małego zatrzymywało się co chwilę, jakby nasłuchiwało. Potem szybko biegło dalej. I jeszcze jedno… widziałam błysk czegoś jasnego.

Alfred uniósł nos.

– Błysk? Jaki błysk?

– Może odbicie księżyca w wodzie, a może w czymś metalicznym. Trudno powiedzieć z tej odległości.

Kuba teatralnie poprawił kapelusz.

– A czy oprócz pani ktoś jeszcze mógł to widzieć?

Do rozmowy włączył się też stary waran Walery, który dotąd siedział cicho na korzeniu baobaba.

– Ja akurat łowiłem przy brzegu strumienia – powiedział głębokim głosem. – Rzeczywiście, było dość żywo wczoraj wieczorem. Słyszałem jakieś szepty i przyspieszony tupot małych łapek.

Patrycja zapisywała gorliwie wszystkie informacje.

– Szepty? Czy mógłby pan powiedzieć coś więcej?

– To brzmiało jak rozmowa kilku młodych zwierząt. Były podekscytowane, ale starały się mówić cicho. Niestety, z mojego miejsca nie mogłem zrozumieć słów.

Helena pokiwała głową.

– Teraz jak o tym mówicie, to ja też słyszałam jakieś szmery. Pomyślałam, że to młodzież urządza sobie wieczorne zabawy.

Pan Barnaba nerwowo przestąpił z łapy na łapę.

– Ale dlaczego akurat klucz? Co ktoś może chcieć z nim zrobić?

Alfred podszedł bliżej drzwi i zaczął dokładnie oglądać gwóźdź i okolicę.

– Panie Barnaba, czy ten klucz ma jakieś szczególne znaczenie oprócz otwierania baobaba?

– Oczywiście! To klucz uniwersalny – otwiera wszystkie pomieszczenia szkolne wydrążone w pniu. Bez niego nie można dostać się do sali z listami uczniów, do klas, do biblioteki… Cała szkoła jest zablokowana!

Zofia wyciągnęła szyję jeszcze wyżej, obserwując teren wokół szkoły.

– Widzę, że pod okienkiem jest jakiś nieporządek. Jakby ktoś się tam wspinał lub szukał czegoś.

Ala podfrunęła sprawdzić.

– Rzeczywiście! Ziemia jest podrapana, a niektóre listki wyglądają, jakby ktoś przez nie przechodził.

Alfred powoli obszedł cały baobab, zatrzymując się co chwilę, żeby powąchać różne miejsca.

– Jest tu wiele śladów zapachowych. Oprócz normalnych zapachów szkoły i pana Barnaby czuję… metaliczny zapach, ale nie tylko od klucza. Jakby ktoś dotykał inne metalowe przedmioty.

– A ja widzę coś jeszcze – dodała Zofia, wskazując na parapet małego okienka. – Tam jest jakiś ślad, jakby coś się o niego otarło.

Patrycja podbiegła z lupą.

– Rzeczywiście! To wygląda na… ślad po czymś delikatnym. Może po piórku lub włosach.

Helena zastanowiła się głęboko.

– A właśnie! Teraz sobie przypominam. Gdy sprzątałam staw, w pewnym momencie usłyszałam jakby ciche stukanie. Pomyślałam, że to może dzięcioł, ale było już za późno na dzięcioły.

Stary waran Walery pokiwał łbem.

– I ja słyszałem rytmiczne stukanie! Ale brzmiało bardziej jak pukanie do drzwi niż dziobanie dzięcioła.

Pan Barnaba spojrzał na detektywów z nadzieją.

– Czy te wszystkie informacje pomogą wam w śledztwie?

Alfred powoli pokiwał głową.

– Każdy szczegół może być ważny. Ale potrzebujemy jeszcze dokładniej przebadać miejsce zdarzenia.

Ala podfrunęła pod sufit w kantorku baobabu.

– Tutaj, pod szafką, leżą jakieś drobne pyłki!

Zofia nachyliła się, żeby lepiej widzieć.

– To wyglądają na trociny! Jakby ktoś coś skrobał w drewnie.

Alfred powąchał pyłki ostrożnie.

– To świeże trociny. Ktoś niedawno wiercił lub skrobał w drewnie baobabu. Ale po co?

Kuba zatrzymał się przy parapecie i przyjrzał mu się dokładnie.

– Spójrzcie! Tu jest wyraźny odcisk czegoś… może łapki, a może skrzydła?

Patrycja zbadała odcisk przez lupę.

– To zdecydowanie nie jest odcisk łapy. Jest za delikatny, za lekki. Bardziej przypomina…

Alfred dokończył powoli:

– Ślad po piórze. Ale nie dużym piórze, jak u Ali czy Tomka. To musi być ślad małego ptaka.

Wszyscy świadkowie przysłuchiwali się z napięciem.

– A ja jeszcze jedna rzecz mi się przypomina! – zawołała nagle Helena. – Widziałam, jak coś małego i szybkiego przebiegło od szkoły w stronę gęstej części dżungli. Ale było już naprawdę ciemno, więc nie mogłam rozpoznać, co to było.

Alfred obszedł jeszcze raz cały kantorek i zatrzymał się przy progu.

– Tu są bardzo wyraźne ślady małych łapek. Prowadzą od drzwi na zewnątrz, a potem ginę w trawie.

Żółwica Zyta pokiwała mądrze głową.

– To wszystko pasuje do tego, co widziałam. Ten mały ktoś był bardzo zdenerwowany i spieszył się.

Pierwsze podejrzenia

Patrycja zamknęła notes i podsumowała zebrane informacje:

– Mamy świadków, którzy słyszeli szepty, trzepotanie skrzydeł i widzieli małą postać przemykającą w okolicy szkoły
– Znaleźliśmy trociny, ślad prawdopodobnie po piórku i małe ślady łapek
– Wstążka została przecięta, ale nie zębami – raczej czymś ostrym i precyzyjnym
– Wszystko wskazuje na to, że sprawca to małe zwierzę, prawdopodobnie ptak
– A motyw… wciąż nieznany

Alfred powoli skinął głową.

– Te wszystkie ślady są świeże, sprzed nocy. A kierunek wskazuje na gęstą część dżungli.

Kuba teatralnie dotknął swojego kapelusza.

– W takim razie czas ruszyć tropem! Ale zachowajmy ostrożność – nie wiemy jeszcze, z kim mamy do czynienia.

Zofia wyciągnęła szyję w stronę dżungli.

– Widzę ścieżkę prowadzącą między palmami. Stamtąd łatwo można było obserwować szkołę i szybko uciec po dokonaniu czynu.

– W takim razie ruszamy! – zdecydowała Patrycja. – Ale najpierw sprawdzmy inne możliwe tropy. Może nie wszystko jest takie oczywiste, jak się wydaje.

Ruszyli tropem przez gęstą dżunglę. Zofia prowadziła, wskazując drogę między lianami, a Alfred węszył przy ziemi pokrytej opadłymi liśćmi. Po kilku minutach marszu dotarli do polany, gdzie rodzina małych małpek zbierała owoce mango.

– Dzień dobry! – zawołała Patrycja. – Czy możemy zadać wam kilka pytań?

Mama małpka, pani Maja, spojrzała na nich zdziwiona, zwisając z liany.

– Oczywiście! O co chodzi?

– Wczoraj wieczorem ktoś zabrał złoty klucz ze szkolnego baobabu – wyjaśnił Kuba. – Czy widziały panie coś podejrzanego?

Pani Maja pokręciła głową.

– Całą noc byliśmy nad strumieniem, zbieraliśmy soczyste owoce. Możecie sprawdzić u słoni – one nas widziały przy wodopoju.

Alfred powąchał wokół małpiego domu na drzewie.

– Nie ma tu zapachu metalu ani nic, co pachniałoby szkołą – stwierdził.

To był fałszywy trop.

Drugi trop – tajemniczy błysk w stawie

Wracając od baobabu szkolnego, Ala postanowiła sprawdzić okolicę z lotu ptaka. Podfrunęła do stawu, gdzie kąpała się grupa żab o zielonych, połyskliwych grzbietach – lokalnych ekspertek od nocnych obserwacji, które słynęły z doskonałego wzroku w ciemnościach.

Żaba Żaneta właśnie opowiadała swoim koleżankom coś ekscytującego:

– Słuchajcie, wczoraj wieczorem, gdy księżyc był w pełni, zobaczyłyśmy bardzo dziwny błysk pod powierzchnią wody. To nie był zwykły odblask światła – to coś się poruszało wśród korzeni lotosu, jakby maleńkie złote światełko tańczyło pod wodą i co chwilę znikało.

Druga żaba, Zelma, pokiwała głową z przejęciem:

– Dokładnie! Na początku myślałyśmy, że to może świetlik, ale świetliki nie nurkują. A ten błysk pojawiał się i znikał, jakby ktoś celowo go chował.

– Czy to może być nasz zagubiony klucz? – zastanawiała się na głos trzecia żaba, Zyta. – Przecież jest złoty i mógłby błyszczeć w księżycowym świetle.

Ala natychmiast poczuła dreszczyk ekscytacji. To mógł być prawdziwy trop! Szybko poleciała do reszty drużyny.

– Detektywi! Żaby widziały coś złotego w stawie! Może to nasz klucz!

Wszyscy bez wahania pobiegli do stawu między korzeniami baobabu. Miejsce wyglądało tajemniczo – woda była ciemna i spokojna, a duże liście lotosu rzucały dziwne cienie na powierzchnię.

Kuba podwinął rękawy i ostrożnie wszedł do wody, podczas gdy Alfred sprawdzał zapachy wokół brzegów porośniętych bujną tropikalną roślinnością. Zofia wyciągnęła szyję, próbując dostrzec cokolwiek pod powierzchnią, a Patrycja przez lupę badała dno tam, gdzie woda była płytsza.

– Widzę coś błyszczącego! – zawołał Kuba, nurkując pod największy liść lotosu.

Wszyscy wstrzymali oddech. Czy to może być koniec ich poszukiwań?

Po długiej chwili Kuba wynurzył się, trzymając w łapie… starą, pordzewiałą monetę.

– To tylko zgubiona moneta – westchnął z rozczarowaniem. – Pewnie ktoś upuścił ją podczas pikniku.

Żaby wyglądały na bardzo zawstydzone.

– Przepraszamy – powiedziała Żaneta. – W księżycowym świetle ta moneta rzeczywiście wyglądała jak coś znacznie cenniejszego.

Ale Alfred zatrzymał się nagle i powąchał powietrze wokół brzegu.

– Czekajcie – powiedział powoli. – Jest tu jeszcze jeden zapach. Coś, co tu nie pasuje…

– Co takiego? – zapytała Patrycja, podchodząc bliżej.

– Zapach strachu. I coś jeszcze… metaliczny, ale inny niż ta moneta. Jakby ktoś niedawno tu był i dotykał czegoś metalowego.

Ala, która krążyła nad stawem, nagle zawołała:

– Patrzcie! Na tamtej gałęzi, tuż nad wodą!

Wszyscy spojrzeli w wskazanym kierunku. Na cienkiej gałązce wierzbowej, zwisającej nad stawem, powiewało na wietrze małe, delikatne piórko. Nie było to piórko żadnego z większych ptaków – było zbyt małe i miało dziwny, nieznany wzór.

– To piórko nie należy do nikogo z mieszkańców stawu – stwierdziła Ala, przyglądając mu się uważnie. – Jest za małe jak na kaczkę czy łabędzia, ale za kolorowe jak na zwykłego wróbla.

Alfred podszedł bliżej i powąchał piórko, nie zdejmując go z gałęzi.

– Ten zapach… to ten sam zapach, który czułem przy szkole. Ktoś, kto ma to piórko, był też przy baobaBie.

Patrycja zerknęła na niebo, które powoli zaczynało nabierać ciepłych, pomarańczowych odcieni zachodzącego słońca. Na twarzach wszystkich zwierząt malowało się już narastające zaniepokojenie.

– Czas ucieka! – powiedziała z naciskiem. – Musimy znaleźć klucz, zanim słońce całkiem zajdzie. Szkoła ma się zacząć jutro o świcie!

Kuba wyszedł z wody i otrzepał się energicznie.

– W takim razie ten staw to kolejny fałszywy trop. Ale przynajmniej wiemy już, że nasz sprawca to mały ptak, który był zarówno przy szkole, jak i tutaj przy stawie.

– Możliwe, że przyszedł tu napić się wody po tym, jak ukrył klucz – zastanowiła się na głos Zofia. – Kradzież to stresujące zajęcie.

Alfred pokiwał powoli głową, wciąż węsząc powietrze.

– Tak, ten zapach strachu jest bardzo wyraźny. Ktokolwiek tu był, nie czuł się dobrze ze swoim czynem.

Napięcie narasta

Zwierzęta wróciły do baobabu szkolnego. Pani dyrektor Sowa Sylwia krążyła tam i z powrotem wśród korzeni, wyraźnie zdenerwowana.

– Nie możemy rozpocząć roku bez tego klucza – mówiła do siebie. – Wszystkie dokumenty, wszystkie klucze do klas wydrążonych w pniu…

Detektywi poczuli presję. Czas uciekał, a oni wciąż nie mieli konkretnego tropu.

Zofia wyciągnęła szyję i przyjrzała się gałęziom tuż za okienkiem.

– Tutaj! – zawołała. – Na tej gałązce jest zaczepione małe piórko!

Patrycja zbadała je przez lupę.

– To piórko tkacza – stwierdziła. – I pasuje do odcisku na parapecie!

Ala natychmiast podfrunęła wyżej, obserwując korony drzew wokół baobabu.

– Widzę gniazdo tkaczy! I coś w nim błyszczy!

Odkrycie prawdy

Cała drużyna podeszła pod gniazdo splecione z trawy na palmie obok baobabu. W środku, owinięty w liście, leżał złoty klucz. Obok niego skulił się mały tkacz, wyraźnie przestraszony.

– Nie chciałem zrobić nic złego! – zapiszczeć ptaszek. – Nazywam się Felek…

Patrycja mówiła łagodnie:

– Nie gniewamy się, Felku. Powiedz nam, dlaczego zabrałeś klucz?

Wróbel zaczął płakać.

– Boję się szkoły! Boję się nowych kolegów, boję się, że sobie nie poradzę z nauką! Myślałem, że jak nie będzie klucza, to szkoła się nie zacznie i nie będę musiał iść…

Alfred przysiadł bliżej gniazda.

– A powiedz mi, Felku, czy masz kolegów, którzy ci pomogli?

– Tak… Wiesiek i Grzesiek odwrócili uwagę pana Barnaby, a ja wskoczyłem przez okienko i przeciąłem wstążkę dziobem.

Kuba zdjął kapelusz.

– Felku, rozumiem, że się boisz. Ale szkoła to nie jest straszne miejsce.

Zofia delikatnie nachyliła szyję.

– W szkole poznasz nowych przyjaciół. Będziecie razem się bawić, uczyć nowych rzeczy o dżungli…

– A nauczyciele są po to, żeby ci pomagać, nie żeby cię straszyć – dodała Patrycja.

Ala przysiadła na palmowym liściu obok gniazda.

– Wiesz co? Ja też się bałam, gdy pierwszy raz przyłączyłam się do Zwierząt Detektywów. Ale okazało się, że razem można osiągnąć znacznie więcej niż samemu!

Felek przestał płakać i spojrzał na detektywów.

– Naprawdę myślicie, że dam radę?

– Oczywiście! – zawołali wszyscy jednocześnie.

Alfred powoli wstał.

– A teraz czas oddać klucz, Felku. Pan Barnaba się martwi, a inne dzieci też chcą zacząć szkołę.

Szczęśliwe zakończenie

Felek wydobył klucz z liści i podał go Patrycji. Wszyscy razem zeszli na dół, gdzie czekali pan Barnaba i pani dyrektor Sylwia w cieniu baobabu.

– Znaleźliśmy klucz! – oznajmiła Patrycja. – I poznaliśmy przyczynę jego zaginięcia.

Sowa Sylwia spojrzała łagodnie na małego tkacza.

– Felku, rozumiem, że się bałeś. Każde zwierzątko przed pierwszym dniem szkoły czuje podobnie. Ale wiesz co? W naszej szkole jest wiele wspaniałych rzeczy, które mogą ci się spodobać.

Felek nieśmiało podniósł główkę.

– Naprawdę?

– Oczywiście! – uśmiechnęła się pani Sylwia. – Może opowiesz mi, co lubisz robić?

– Bardzo lubię czytać książki o przygodach w dżungli – powiedział cicho Felek.

– To wspaniale! W naszej bibliotece mamy całe półki takich książek. A w twojej klasie jest akurat twoja ulubiona – „Przygody młodego tukana”!

Oczy Felka rozjaśniły się.

– Naprawdę? To moja najukochańsza książka!

W tym momencie z grupy uczniów wyłonił się inny mały ptak – młody tkacz o podobnym upierzeniu.

– Cześć! – zawołał wesoło. – Nazywam się Frycek! Słyszałem, że też lubisz przygody?

Felek spojrzał na niego z zaciekawieniem.

– Frycek? To podobne imię do mojego! A ja jestem Felek.

– Super! A czy wiesz, że uwielbiam zbierać piękne piórka z różnych stron dżungli? Mam już całą kolekcję!

– Ja też! – podskoczył z radości Felek. – Mam piórka pawia, tukana i nawet małe piórko kolibra!

– To znaczy, że będziemy świetnymi kolegami! – uśmiechnął się Frycek.

Pan Barnaba poklepał obu ptaszków po główkach.

– A ja pokażę wam, gdzie jest najlepsze miejsce na drugie śniadanie – przy czystym strumyku, gdzie rosną najsłodsze owoce mango i gdzie można obserwować kolorowe motyle.

Pani Sylwia dodała:

– A na przerwach możecie bawić się na naszym placu zabaw. Mamy tam huśtawki wiszące na lianach, piaskownicę pod wielkim baobabem i nawet małe górki do wspinaczki!

– I co najważniejsze – powiedział ciepło pan Barnaba – wszyscy nauczyciele są tutaj po to, żeby wam pomagać. Jeśli czegoś nie rozumiecie albo potrzebujecie pomocy, zawsze możecie zapytać.

Felek spojrzał na Frycka, potem na pana Barnabę i panią Sylwię, a na końcu na Zwierzęta Detektywów.

– Chyba… chyba rzeczywiście chcę chodzić do szkoły! Zwłaszcza jeśli będę miał takiego fajnego kolegę jak Frycek!

– I będziemy mogli razem czytać książki! – dodał Frycek.

– I uczyć się nowych rzeczy o dżungli! – kontynuował podekscytowany Felek.

Pani Sylwia uroczyście podziękowała Zwierzętom Detektywom:

– Dzięki wam nowy rok szkolny może się rozpocząć! Jesteście prawdziwymi bohaterami naszej szkoły!

Wielki baobab został otwarty. Pan Barnaba rozwiesił listy uczniów na tablicy przy wejściu, a wszystkie zwierzęce dzieci z radością biegły sprawdzać, w których klasach wydrążonych w pniu będą się uczyć.

Felek i Frycek razem podeszli do tablicy i znaleźli swoje imiona w tej samej klasie.

– Będziemy razem! – zawołali jednocześnie i wybuchnęli śmiechem.

Felek pomachał do Zwierząt Detektywów.

– Dzięki wam odkryłem, że szkoła to nie tylko nauka, ale też nowi przyjaciele, ciekawe książki i mnóstwo przygód!

Detektywi, zadowoleni z udanego śledztwa i szczęśliwego zakończenia, ruszyli z powrotem do swojego domku nad jeziorem. Słońce już zachodziło za koronami palm, malując niebo na pomarańczowo i purpurowo.

– Kolejna zagadka rozwiązana – powiedziała Patrycja, zamykając swój notes.

– A najważniejsze, że Felek nauczył się, że czasem to, czego się boimy, może stać się źródłem największej radości – dodała mądrze Zofia.

Alfred powąchał wieczorne powietrze pełne zapachów kwitnącej dżungli.

– Pachnie nowym początkiem, przyjaźnią i wielkimi przygodami – stwierdził z uśmiechem.

A nad tropikalnym jeziorem, przy trzaskającym ognisku na tarasie drewnianego domku, Zwierzęta Detektywi planowały kolejne przygody, wiedząc, że gdziekolwiek potrzebna jest ich pomoc, tam zawsze można na nich liczyć.