Tajemnica Zaginionego Arłamka

Ola wpadła do domu jak burza.

W salonie siedziały już Zwierzęta Detektywi i od razu zauważyły, że Ola chce im coś opowiedzieć. Tata właśnie zdejmował kurtkę.

— Tata, tata! — wołała już od progu Ola. — Opowiedz im o kamieniu!

Tata wszedł powoli, postawił walizkę i uśmiechnął się.

— Byliśmy w Arłamowie — zaczął. — To duży hotel w górach, w Bieszczadach.

— Na skraju Bieszczadów — przerwała mu Ola szybko. — Tak mówił pan z marketingu w hotelu. To bardziej Góry Sanocko-Turczańskie, ale wszyscy mówią „Bieszczady”, bo łatwiej zapamiętać.

Tata uśmiechnął się.
— No dobrze. Piękne miejsce. Wybraliśmy się na wycieczkę, a potem Ola znalazła w hotelowym sklepiku wyjątkowy kamień. Błękitno-czarny, jakby ktoś wlał w niego kawałek nocnego nieba.

— Czekał właśnie na mnie! — zapewniła Ola, ściskając kamień obiema rękami. — I w hotelu opowiadałam wszystkim o Zwierzętach Detektywach! Panu ratownikowi, pani w sklepiku, pani z recepcji, panu od naleśników…

— Szefowi kuchni — poprawił tata z uśmiechem.

— No właśnie! Wszyscy chcieli wiedzieć, jakie sprawy rozwiązujecie!


Następnego dnia zadzwonił telefon.

Kuba odebrał.

— Tu hotel Arłamów — odezwał się po chwili cichy, poważny głos. — Mam do was prośbę. Delikatną sprawę. Czy mogę mówić po cichu?

— Słucham — mruknął Kuba, prostując się.

— Zgubił się Arłamek. Nasz przyjaciel Arłamek, ryś będący maskotką hotelu. Szukaliśmy go wszędzie — w sali zabaw, w przebieralni, na wszystkich korytarzach. Nie ma go nigdzie, gdzie zwykle bywa. Prosimy, żebyście przyjechali. Ale… cicho. Nie chcemy, żeby dzieci się martwiły.

Kuba odłożył słuchawkę i spojrzał na resztę.

— Pakujemy się — oznajmił. — Lecimy do Arłamowa.


Helikopter szybował nad zielonymi górami. Alfred przeglądał notatnik. Zofia wyciągała szyję przez okno. Patrycja siedziała z zamkniętymi oczami i już planowała.

— O! O! — zawołała Ala, trzepocząc skrzydłami. — Basen! Widzę basen! I coś białego na dole — alpaki! I konie! I… o, daniele! I sarny! I — czy to muflony?!

— Ala — odparła Patrycja, nie otwierając oczu — skupiamy się.

— Skupiam się! Ale muflony!


Kierownik hotelu przywitał ich przy wejściu. Był elegancki, ale wyraźnie zmęczony.

— Dziękuję, że przyjechaliście tak szybko — szepnął, prowadząc ich na bok. — Arłamek zniknął dziś rano. Wczoraj widziały go jeszcze dzieci w sali zabaw. Uwielbiają go — przez cały weekend nie odstępowały go na krok. A dziś… nie ma go na swoim zwykłym miejscu.

— Przeszukaliśmy prawie cały hotel — westchnął. — Sale zabaw, korytarze, tarasy, basen, a nawet wybieg dla naszych koni. No… może poza kuchnią. Podczas przygotowywania posiłków panuje tam duży ruch, a goście nie mogą tam wchodzić. Nie chcieliśmy przeszkadzać kucharzom.

Patrycja rozejrzała się uważnie.

— Dzielimy się — zdecydowała. — Ala, idziemy do hotelu. Sala zabaw, fotobudka przy recepcji, kawiarnia, basen. Kuba, Alfred, Zofia — ośrodek sportowy i okolica. Zbieramy każdy trop. Spotykamy się na kolacji.


Sala zabaw huczała od śmiechu i pisków. Kolorowe kulki, zjeżdżalnia, tunele.

— Arłamek! — zawołała Patrycja.

— Był tu wczoraj! — odpowiedział mały chłopiec w czerwonych szelkach. — Bawiliśmy się z nim cały dzień! Ściskałem go bardzo mocno!

— Bardzo mocno? — upewniła się Patrycja.

— Bardzo, bardzo mocno — potwierdził chłopiec z dumą. — I dałem mu papierek od cukierka. Był trochę gorzki, chyba mu nie smakował.

Przy fotobudce obok recepcji Patrycja zatrzymała się i przyjrzała uważnie. Kurtyna była lekko zmięta z jednej strony.

— Tu ktoś siedział — zauważyła cicho.

— Może to był on — szepnęła Ala. — Przyszedł zrobić sobie zdjęcie?

— Albo — odrzekła Patrycja — szukał spokojnego kąta.

Zapisała to starannie.

Przyjrzała się jeszcze raz zmiętej kurtynie.

— Jeśli wszędzie było tyle dzieci co dziś, mógł schować się tu na chwilę, żeby odpocząć od hałasu — powiedziała.

— Ja też czasem chowam się za zasłoną, kiedy chcę mieć spokój — przyznała Ala.

Patrycja zanotowała: „Arłamek szukał cichych miejsc.”

W kawiarni na tarasie pachniało kawą i ciastem. Kelnerka, młoda kobieta z warkoczem, zamyśliła się.

— Arłamek? — powtórzyła. — Widziałam go wczoraj wieczorem. Szedł powoli w stronę kuchni. Wyglądał… no, jakby bardzo chciał się gdzieś położyć.

Patrycja zapisała i to.

W strefie SPA było cicho i ciepło. Basen mienił się błękitem. Ala omal nie wpadła do wody z zachwytu.

— Arłamek? — zapytała Patrycja ratownika.

— Od wczoraj wieczoru nie widziałem — odrzekł ratownik po chwili namysłu.


Tymczasem Kuba i Alfred szli ścieżką wzdłuż ogrodzeń ośrodka sportowego.

— Widzisz te ślady? — zapytał Kuba, wskazując kolejne równe pasy na trawie.

— To ślady robotycznej kosiarki — odparł Alfred. — Ale możemy sprawdzić, dokąd prowadzą.

Ruszyli dalej. Po chwili poczuli w powietrzu znajomy zapach.

— Konie — stwierdził Kuba. — Muszą być gdzieś niedaleko.

Podążając za zapachem i śladami kosiarki, dotarli niespodziewanie do zewnętrznego, ciepłego basenu. Nad wodą unosiła się para, a wszystko wyglądało bardzo przytulnie.

— Tylko na chwilę… — mruknął Kuba.

— Na bardzo krótką chwilę — zgodził się Alfred.

Po chwili obaj siedzieli już w ciepłej wodzie.

Nagle za ich plecami rozległ się znajomy głos:

— A wy co robicie?!

To była Patrycja. Patrzyła na nich z niedowierzaniem.

— Przecież jesteśmy tu w pracy, a nie na wakacjach!

Kuba i Alfred spojrzeli po sobie.

— No… nie mogliśmy się oprzeć — przyznał Kuba.

— Woda była zbyt ciepła — dodał Alfred.

Patrycja pokręciła głową.

— Koniec przerwy. Wracamy do śledztwa.


Kuba i Alfred dołączyli do Zofii tuż obok zagrody alpak.

Kuba stał nieruchomo, a trzy alpaki wpatrywały się w niego wielkimi oczami.

— One muszą tak patrzeć? — mruknął cicho do Alfreda.

— Chyba tak — przyznał Alfred.

Jedna z alpak, z tabliczką „Zuzia” na obroży, podeszła bliżej i prychnęła.

— Szukamy Arłamka — wyjaśniła Zofia łagodnie.

Zuzia mrugnęła.

— Był tu wczoraj o świcie — odrzekła sennie. — Usiadł przy płocie. Wyglądał bardzo, bardzo śpiąco. Potem wstał i powędrował w stronę hotelu.

— Dziękujemy — rzucił Alfred, zapisując.

Na ściance wspinaczkowej Alfred zaskoczył wszystkich — wspiął się sprawnie na górę, zanim zdążyli mrugnąć.

— Mrówkojady mają dobre pazury — wyjaśnił skromnie ze szczytu.

Arłamka nie było.

Kuba zatrzymał się przed parkiem linowym i spojrzał w górę.

— Ja… zostanę na dole — oznajmił poważnie. — Będę pilnował z dołu.

Zofia wdrapała się na najwyższy pomost i rozejrzała po całym terenie. Stoki, boisko, stajnie, parking. Żadnego rysia.

— Nic — westchnęła, schodząc.


Kuba szedł powoli w stronę hotelu. Trawa była równo przystrzyżona, a ścieżka prowadziła między niewielkimi pagórkami.

Nagle coś małego, pomarańczowo-szarego wysunęło się zza kępy trawy i zaczęło poruszać się w jego stronę.

— Ej… co to jest? — mruknął Kuba, zatrzymując się.

Małe urządzenie cicho bzyczało i jechało po trawie, zostawiając za sobą idealnie równy pas.

— To robot-kosiarka — odezwała się Zofia spokojnie. — Widziałam takie też przy hotelu. Same koszą trawę.

— Czyli to taki ogrodnik na kółkach — stwierdził Kuba.

W tym momencie Alfred skinął głową.

— W hotelu widziałem podobne urządzenia — powiedział. — Na korytarzach jeżdżą roboty odkurzające. Szare, mniej więcej do kolan, z małymi niebieskimi światełkami… jak oczy. Też same sprzątają podłogi.

Kuba spojrzał za oddalającą się kosiarką.

— Czyli ten hotel ma całkiem dużo pomocników — mruknął.

Robot cicho skręcił i wrócił do pracy, jakby wcale nie zauważył, że stał się częścią śledztwa.


Detektywi spotkali się w restauracji. Wszyscy trochę zmęczeni, ale myślący.

Przy stole zjawiła się pani Małgorzata z szerokim uśmiechem.

— Słyszałam, że szukacie Arłamka — odezwała się ciepło. — Może zjedzcie coś najpierw? Pan Błażej przygotował dziś bezglutenowe naleśniki. Najlepsze w Bieszczadach.

— Poprosimy — zgodziła się Patrycja.

Przy naleśnikach zaczęli układać tropy.

— Dzieci ściskały go przez cały weekend — zaczął Alfred.

— Zuzia widziała go zmęczonego wczoraj o świcie — dodała Zofia.

— Kelnerka z kawiarni widziała, jak wczoraj wieczorem szedł w stronę kuchni — dorzuciła Patrycja. — A przy fotobudce ktoś siedział za kurtyną.

Wszyscy zamilkli.

Alfred odłożył widelec.

— Wszystkie tropy prowadzą do kuchni — mruknął spokojnie.

W tej chwili z kuchni wyszedł wysoki mężczyzna w białym fartuchu. Pan Błażej, szef kuchni, z talerzem małych złocistych placuszków bananowych z owocami. I z tajemniczym uśmiechem.

— Chodźcie ze mną — szepnął.


Za drzwiami kuchni było ciepło, pachniało wanilią i smażonym masłem. W kącie, obok dużej zmywarki, na złożonych kocykach spał skulony Ryś Arłamek. Beżowe futro, ciemne cętki, a pod zamkniętymi powiekami — zielone oczy, których tego wieczoru nie chciał otwierać. Przy jego nosie stał talerz z resztkami placuszków bananowych.

Pan Błażej pochylił się i przemówił ściszonym głosem:

— Przyszedł wczoraj wieczorem. Był bardzo zmęczony. Dzieci bardzo go kochają — w ten weekend może troszkę za bardzo. — Uśmiechnął się ciepło. — Wiedziałem, że potrzebuje ciszy i czegoś pysznego. To jego ulubione placuszki.

— Nikt nie zaglądał do kuchni, bo podczas przygotowywania posiłków goście nie mogą tu wchodzić. To było najspokojniejsze miejsce w całym hotelu.

Arłamek otworzył jedno zielone oko. Spojrzał na detektywów. Mruknął coś bardzo cicho. I zamknął oko z powrotem.

Przez chwilę wszyscy stali bez słowa.

— Rozumiem go — szepnęła Ala.

Wszyscy odwrócili się powoli w jej stronę.

— Co? — szepnęła. — Ja też czasem potrzebuję ciszy.

Alfred poprawił okulary.

— To chyba pierwszy raz w historii — stwierdził z powagą.


Wieczorem helikopter leciał z powrotem nad ciemniejącymi górami. Kierownik hotelu serdecznie podziękował, Arłamek dostał zasłużony dzień odpoczynku, a pani Małgorzata spakowała detektywom naleśniki na drogę.

Kuba zasnął w fotelu jeszcze przed startem. W jego śnie był ogromny, ciepły basen. I alpaki, które patrzyły.

Patrycja otworzyła notatnik i napisała starannie:

Sprawa rozwiązana. Ważna wskazówka na przyszłość: zawsze sprawdzaj kuchnię.

Zamknęła notatnik. Za oknem niebo gasło w kolorach zachodzącego słońca nad Bieszczadami.