Poranek w dżungli znów zaczął się bardzo poważnie… i trochę śmiesznie.
Lew Kuba w swoim ulubionym kapeluszu do gimnastyki stanął na polance i ryknął:
– Raz! Dwa! Ogon w prawo, grzywa w lewo!
Ogon posłusznie poleciał w prawo, grzywa w lewo, ale całe ciało w górę, bo Kuba zrobił tak wielki podskok, że aż spłoszył jaszczurkę.
– Gimnastyka to sprawa życia i grzywy! – poważnie oznajmił.
Obok Mysz pustynna Patrycja robiła „mysie skłony” tak dokładne, że można by je mierzyć linijką.
– Dziesięć, jedenaście, dwanaście… – liczyła. – O, idealna liczba na poranną rozgrzewkę. Zanotuję.
Szybko dopisała w swoim dzienniku: „Poranna gimnastyka – 12 skłonów. Ważne dla sprawnej pracy detektywa”.
Żyrafa Zofia spokojnie rozciągała szyję tak wysoko, że prawie musnęła niską chmurę.
– Gdyby chmury były ciasteczkami palmowymi, życie byłoby całkowicie idealne – westchnęła i zrobiła trzy eleganckie obroty szyją.
Mrówkojad Alfred stał nieruchomo jak posąg i ćwiczył… wąchanie.
– Wdech… wydech… – mruknął. – Dziś czuję w powietrzu zapach przygody. I odrobinkę pieczonych mrówek… albo to tylko moja wyobraźnia.
Po gimnastyce przyszła pora na śniadanie, czyli najważniejsze śledztwo dnia: „Znikający okruszek”.
Kuba chrupał ciasteczka stekowe, które udawały poważny obiad, ale były tak słodkie, że bardziej pasowały do urodzin niż do poranka.
– Ciasteczko stekowe numer jeden: chrup! Ciasteczko stekowe numer dwa: mniam! – raportował.
Patrycja układała swoje ciasteczka serowe w idealną wieżyczkę.
– Każde o milimetr mniejsze od poprzedniego – mruczała z zadowoleniem. – Stabilna konstrukcja serowa, gotowa do zjedzenia.
Zofia delikatnie skubała ciasteczka palmowe z liściową posypką.
– W sam raz na spokojny start dnia – powiedziała, patrząc na drzewa jak na wielką zieloną mapę.
Alfred przeżywał swoje mrówkowe ciasteczka jak wielką ucztę degustatora.
– Nutka leśnej ziemi, odrobina porannej rosy, szczypta… poruszonego ogona lwa – mruknął, bo Kuba właśnie potrząsnął ogonem tak mocno, że wiatr przesunął zapach ciasteczek.
Gdy tylko skończyli, Kuba założył „kapelusz doradczy” – ten od bardzo mądrych min – i uroczyście ogłosił:
– Biuro Detektywów Dżungli oficjalnie otwarte! Kto ma problem, niech podchodzi bez strachu… albo z lekkim strachem. Z lekkim strachem problemy są ciekawsze!
Patrycja usiadła z dziennikiem i kolekcją szkieł powiększających.
– Gotowa do notowania, analizowania i zadawania pytań – oznajmiła spokojnie.
Pierwsza pojawiła się Sowa Sylwia, cała rozczochrana ze zdenerwowania.
– Mam poważny kłopot – powiedziała, kręcąc głową tak szybko, że jej pióra stworzyły coś w rodzaju pędzla. – Ktoś powyjmował zakładki z Mądrej Księgi Dżungli! Nie mogę znaleźć rozdziału „Jak nie zaspać na nocne czuwanie”.
Patrycja od razu zapisała w dzienniku:
– Sprawa Sowy Sylwii: znikające zakładki.
Zofia spokojnie zaproponowała:
– Czy w twoim domu hula wiatr?
– Trochę… – przyznała Sowa. – Mam trzy dziury w ścianach.
– Możliwe, że zakładki odfrunęły. Ale notujemy twoją sprawę. Gdy skończymy dzisiejsze śledztwo, sprawdzimy, czy to wiatr, czy prawdziwy psikus – dodała Zofia.
Sylwia odleciała, a na polankę wpadł Goryl Gustaw, trzymając liściasty beret w rękach.
– Ratunku! – ryknął. – Ktoś poprzestawiał moje kapelusze na półkach! Z wielkim występu wystąpiłem w kapeluszu do spania! Publiczność zasnęła razem ze mną!
Kuba natychmiast się obruszył.
– Zbrodnia przeciw kapeluszom! – zagrzmiał, dramatycznie przykładając łapę do serca. – To wymaga poważnego śledztwa… może po obiedzie.
Patrycja mruknęła:
– Zanotowane. Sprawa Goryla Gustawa: przemieszczone nakrycia głowy.
– Zaczynam podejrzewać kogoś z obsesją na punkcie kapeluszy… – dodała półgłosem i zerknęła na Kubę.
– Ale ja tylko je zbieram i podziwiam! Nie przestawiam cudzych! – obruszył się Lew.
Ledwie Gustaw zdołał odejść, na polance wylądował Orzeł Oskar. Zwykle dostojny, teraz wyglądał na przerażonego tak, jak tylko przerażony może być ktoś, kto ma bardzo ważne obowiązki rodzica.
– Detektywi! – zawołał. – Ktoś podmienił moje jaja na kamienie!
Zapadła cisza tak głęboka, że dało się słyszeć, jak jedno ciasteczko stekowe cichutko pęka pod łapą Kuby.
– Co?! – ryknął Lew, aż liście się zatrzęsły.
– Czy kamienie są tego samego rozmiaru? – zapytała spokojnie Zofia.
– Pachną inaczej? – Alfred wciągnął powietrze nosem.
– Ile jaj było i kiedy to zauważyłeś? – Patrycja już otwierała dziennik i szykowała szkło powiększające.
Oskar wytłumaczył:
– Wczoraj w gnieździe były dwa piękne jaja. Dziś – dwa kamienie. A pisklęta mają się wylęgnąć za kilka dni! Jeśli nie znajdziemy winnego i nie odnajdziemy jaj, będzie katastrofa!
Patrycja zapisała dużymi literami:
– Główna sprawa dnia: Kto podmienił jaja orła na kamienie?
– To będzie nasza dzisiejsza misja – oznajmiła, stawiając koło tytułu trzy wykrzykniki.
– Operacja „Kamienny Psikus” – dodał Kuba, zakładając kapelusz od bardzo poważnych misji. – Brzmi groźnie!
Wyruszyli natychmiast.
Gniazdo Oskara znajdowało się wysoko na skale. Żeby się zorientować, Zofia stanęła na skraju polanki i wyciągnęła szyję tak bardzo, że ptaki uznały ją na chwilę za nowy, bardzo wysoki gatunek drzewa.
– Widzę gniazdo, dwa kamienie… jeden trochę jaśniejszy, drugi ciemniejszy. I ślady pazurów na krawędzi skały – mówiła wolno, analizując.
– Zapisuję – szepnęła Patrycja. – Jasny kamień, ciemny kamień, ślady pazurów…
Kuba od razu miał pomysł.
– Wspinamy się! Ja wchodzę pierwszy! Odwaga jest moim drugim imieniem!
– Twoim drugim imieniem jest „Dramat” – mruknął Alfred, ale tak cicho, że tylko mrówki usłyszały.
Zanim Lew zdążył zrobić coś naprawdę brawurowego, Alfred położył się na ziemi i zaczął wąchać, jakby czytał zapachami książkę.
– Czuję zapach orła… to oczywiste – powiedział. – Ale też zapach kogoś jeszcze. Jest tu błoto, woda i nutka… robaków wodnych.
– Bóbr Bruno? – zgadła Patrycja. – Jego futro zawsze pachnie rzeką.
Zofia spokojnie dodała:
– Ktoś, kto lubi kamienie, wodę i potrafi budować tamy, pasuje do opisu.
– Ruszamy nad rzekę! – ogłosił Kuba. – Będzie wodna część śledztwa!
Nad rzeką znaleźli Brunona układającego kamienie w elegancką tamę.
– Bruno! – ryknął Kuba. – Czy podmieniłeś jaja Oskara na kamienie?!
Bóbr aż podskoczył tak wysoko, że jeden kamień spadł mu z łapy do wody.
– Co?! Ja? Nigdy nie ruszam jaj! Kamienie – owszem. Jaja – nigdy! – oburzył się.
Patrycja spojrzała na jego łapy przez szkło powiększające.
– Błoto tak – zanotowała. – Ale pazury krótkie, tępe. Ślady na skale były dłuższe i ostrzejsze. Nie pasują.
Alfred wciągnął powietrze nad rzeką.
– Tu jest ten sam zapach błota, ale brakuje mocnego zapachu robaków wodnych, który czułem przy gnieździe. Czyli ktoś inny chodził po tej skale.
– Bruno niewinny – podsumowała Zofia. – Ale jego rzeka zna wiele historii.
– Może to był żart? – mruknął Kuba. – Dziwny, kamienny żart.
Detektywi usiedli na kamieniach (ale nie tych z gniazda!) i zaczęli głośno myśleć.
– Kto lubi kamienie? – zastanawiał się Kuba. – Bruno, to wiemy. Ale jeszcze?
Patrycja przekartkowała dziennik.
– Pamiętam! – zawołała. – W poprzednim śledztwie Hipopotam Hubert chwalił się, że kolekcjonuje błyszczące kamyczki. Notatka sprzed trzech tygodni.
Alfred dodał:
– Hipopotam mieszka przy jeziorku, gdzie pełno robaków wodnych. To pasuje do zapachu.
– I drapie ziemię pazurami, kiedy się nudzi – dopowiedziała Zofia.
– W takim razie kolejny etap śledztwa: jeziorko Huberta! – ogłosił Kuba.
Przed dalszą drogą nad ich głowami zamigotało coś kolorowego.
To Papuga Ala robiła poranne kółka nad dżunglą.
– Hej, Detektywi! – zakrakała wesoło. – Słyszałam w koronach drzew, że ktoś dziś miesza jaja z kamieniami. Brzmi… kamiennie.
– Masz jakieś plotki na temat jaj? – zapytała Patrycja.
– Plotka numer jeden: Kukułka Karolina znów opowiada o „nudnych gniazdach”. Plotka numer dwa: Hubert dostał od niej „najdziwniejszy prezent” – zawołała Ala i już poleciała dalej.
– Zapisane – mruknęła Patrycja. – Papuga Ala: źródło ciekawych wskazówek.
Detektywi ruszyli w stronę jeziorka.
Hipopotam Hubert leżał w wodzie po brzuch, wystawiając nos i gwizdając sobie cichą melodię.
– O, witam słynną ekipę detektywów! – uśmiechnął się. – Kogo dziś szukacie? Kamieni czy kłopotów?
– Szukamy jaj – odpowiedział Kuba. – A dokładniej: tego, kto je zamienił na kamienie.
– Kto ma kamienie, jest podejrzany – dodał Alfred rzeczowo.
– Ja mam kamienie, ale tylko ładne – odparł Hubert. – Pokażę.
Wygramolił się z wody i zaprowadził ich pod krzew na brzegu. Leżało tam mnóstwo błyszczących kamyczków, ułożonych w serca, spirale i dziwne wzorki. Pośrodku wzorków – dwa bardzo znajomo wyglądające kamienie.
Patrycja przyłożyła szkło powiększające.
– Jeden jasny, jeden ciemniejszy… jak u Oskara – szepnęła. – Ale plamki inne. Te kamienie są podobne, ale nie te same.
Zofia skinęła głową.
– To kamienna rodzina, ale nie rodzice z gniazda.
Alfred wciągnął powietrze.
– Tu czuć zapach Huberta, rzeki i błota. Brak zapachu orła. Te kamienie nigdy nie mieszkały w gnieździe Oskara.
Hubert westchnął.
– Szczerze? Rano przyleciała do mnie Kukułka Karolina – powiedział. – Mówiła, że niektóre ptaki są „okropnie nudne” i że ona uwielbia robić niespodzianki z jajami… albo kamieniami. Myślałem, że żartuje.
Detektywi spojrzeli po sobie.
– Kukułka Karolina… – powtórzyła Patrycja. – Znana z podrzucania swoich jaj innym ptakom i robienia bałaganu w gniazdach.
– Mamy o niej całą stronę w dzienniku – dodał Alfred.
– Wygląda na to, że nasza sprawa pachnie… kukułką – stwierdziła Zofia.
– Trzeba ją znaleźć – orzekł Kuba. – Natychmiast!
Kukułkę Karolinę znaleźli niedaleko, na gałęzi, gdzie nuciła:
– Jajo tu, jajo tam, kamień tu, kamień tam, kukułka śmieje się: „Ha, ha! Ha, ha!”
– Karolino – zaczął Kuba bardzo poważnym głosem. – Czy podmieniłaś jaja Oskara na kamienie?
Kukułka zamrugała.
– Ja? Może… troszeczkę – powiedziała niepewnie. – To miał być psikus! Chciałam zobaczyć minę Oskara, kiedy odkryje kamienie. Jaja przeniosłam do bezpiecznego gniazda obok, żeby im nic się nie stało.
– Dla ciebie to psikus, dla Oskara to ogromny strach – zauważyła spokojnie Zofia.
Patrycja otworzyła dziennik na stronie „Kukułka Karolina – wcześniejsze sprawy”.
– Widzisz? – pokazała. – Tu jest sprawa „Zaginione jaja Mniszki Marioli”, sprawa „Gniazdo pełne niespodzianek” i teraz: „Kamienny Psikus Kukułki Karoliny”. Za każdym razem ktoś się boi.
Karolina spuściła głowę.
– Nie myślałam o tym tak… – szepnęła. – Lubię niespodzianki.
– Niespodzianki mogą być miłe – powiedział Alfred. – Ale nie takie, od których komuś przyspiesza serce i zwalnia oddech.
– Gdzie są jaja Oskara? – zapytała stanowczo Patrycja.
Kukułka westchnęła i wskazała pobliskie drzewo z dziuplą.
– Tam. Schowałam je w dziupli, żeby nikt nie nadepnął. Chciałam po chwili wszystko odkręcić, ale… zasnęłam na gałęzi.
Detektywi podeszli do wskazanego drzewa. Dziupla była niewielka.
– Przyda się ktoś z małym rozmiarem i dużą odwagą – zauważyła Zofia.
– To moja specjalność – uśmiechnęła się Patrycja.
Mysz wsunęła się do środka przez malutką szczelinę. Dziupla była ciemna, ale jej oczom szybko przywykły.
– Widzę dwa jaja! – zawołała. – Całe i zdrowe! Bez pęknięć!
Delikatnie popchnęła je bliżej wyjścia.
Alfred wciągnął zapach.
– To jaja Oskara – potwierdził. – Pachną jego piórami, skałą i odrobiną porannego słońca.
– Musimy je jak najszybciej odnieść do gniazda – powiedziała Zofia. – Pisklęta mają się wylęgnąć w domu, nie w dziupli od psikusów.
Przenoszenie jaj to poważne zajęcie.
Kuba od razu chciał wziąć oba.
– Jestem silny! Poniosę je jednocześnie! – roześmiał się.
– Jeden na raz – poprosiła spokojnie Zofia. – Siła jest ważna, ale ważniejsze jest bezpieczeństwo.
Kuba westchnął, ale posłuchał.
Patrycja szła obok, notując każdy krok.
– Krok pierwszy: wziąć jajo delikatnie. Krok drugi: iść powoli. Krok trzeci: nie potknąć się. Krok czwarty: nie słuchać podpowiedzi „zrób wielki skok”, jeśli to podpowiedź Kuby.
Alfred szedł z tyłu, czujny jak zapachowy alarm.
– Jeśli ktoś się zbliży, poczuję go wcześniej niż go zobaczymy – zapewnił.
Kukułka Karolina leciała nad nimi, bardzo zawstydzona.
– Przepraszam… Ja… już nie będę robić takich psikusów. Najwyżej podmienię kamień na kamień. Albo liść na liść. Mam talent do głupich pomysłów, ale może da się go wykorzystać mądrzej.
Gdy dotarli do skały, Zofia pokierowała wszystkim jak dyrygent orkiestry:
– Kuba, ty ostrożnie wchodzisz na górę z jednym jajem. Patrycja pilnuje, żebyś nie przyspieszył. Alfred obserwuje dół i zapachy. Oskar czeka w pobliżu gniazda.
Pierwsze jajo trafiło do gniazda bez przygód.
Przy drugim Kuba miał już ochotę zrobić pokazową akrobację.
– Zobaczcie! Skok lwa z jajem! – zapowiedział.
– Krok trzeci: nie skakać z jajem – przypomniała Patrycja, pokazując mu świeżo zapisaną linijkę.
Kuba przystanął.
– No dobrze… Tym razem bez skoku. Ale następnym razem zapiszesz „skok kontrolowany” – zażartował.
Drugie jajo też bezpiecznie znalazło się w gnieździe.
Orzeł Oskar, który cały czas nerwowo krążył w powietrzu, wylądował obok i odetchnął tak głęboko, że pobliskie liście zadrżały.
– Są całe… – powiedział cicho. – Dziękuję wam.
Kukułka Karolina stanęła przed nim nieśmiało.
– Przepraszam… – wymamrotała. – Nie pomyślałam, że mój psikus może być dla ciebie katastrofą.
Patrycja spojrzała do dziennika.
– Zapisuję: sprawca – Kukułka Karolina. Motyw – psikus. Skutek – dużo stresu. Nauka – jaja to nie zabawka.
Zofia powiedziała spokojnie:
– To, co dla jednego jest śmieszne, dla drugiego może być bardzo przykre. Lepiej robić niespodzianki, od których wszyscy się śmieją, a nikt nie płacze.
Alfred dodał:
– A zapach kłopotów i tak zawsze wychodzi na wierzch.
Kuba założył kapelusz od opowieści przy ognisku.
– Kiedy twoje pisklęta się wyklują – zwrócił się do Oskara – opowiem im historię, jak ich tata prawie został tatą dwóch kamieni. Wtedy wszyscy będziemy się śmiać… ale już wiedząc, że takich psikusów nie robimy.
Oskar rozejrzał się po Detektywach.
– Dziś nauczyłem się, że jeśli coś jest nie tak, warto od razu poprosić o pomoc – powiedział. – Sam nie wiedziałbym, gdzie szukać.
Kukułka Karolina z powagą pokiwała głową.
– A ja nauczyłam się, że moje pomysły muszą przejść test: czy przypadkiem nie wystraszą kogoś tak, jak ja bym nie chciała być wystraszona.
Słońce zaczęło się chować za palmami. Detektywi wrócili na swoją polankę.
Usiedli wokół małego ogniska.
Kuba uniósł ciasteczko stekowe jak medal.
– Dziś nauczyliśmy się, że jaja to nie kamienie – powiedział. – I że odwaga jest ważna, ale jeszcze ważniejsza jest ostrożność.
– I myślenie przed działaniem – dodała Patrycja.
– I spokojna analiza – uśmiechnęła się Zofia.
– I dobry nos – zakończył Alfred.
Papuga Ala przysiadła na gałęzi nad nimi.
– A ja nauczyłam się, że najlepsze plotki to te, które kończą się dobrze – stwierdziła.
Gdzieś wysoko na skale Orzeł Oskar przykrył swoje jaja skrzydłami i zasnął spokojnie, już bez kamiennych niespodzianek.
A Kukułka Karolina w swoim gnieździe napisała własną notatkę:
„Nigdy więcej psikusów z jajami. Jeśli już coś podmieniać – to smutek na śmiech.”
I tak w dżungli cała sprawa „Kamiennego Psikusa” zakończyła się dobrze, a Biuro Detektywów Dżungli było gotowe na kolejne zagadki – może z kapeluszami Gustawa, a może z zakładkami Sowy Sylwii. Ale to już zupełnie inna historia…
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.