Poranek porad
Jesienny poranek w dżungli pachniał mokrymi liśćmi i odrobiną cynamonu. Przed domkiem Zwierząt Detektywów stała wielka dynia z wyrzeźbioną buzią, którą wczoraj przytargał Kuba. Uparł się, że na koniec jesieni trzeba mieć dynię z charakterem.
Teraz, w sportowym kapeluszu, prowadził poranną gimnastykę.
– Raz! Dwa! Ogon w prawo, grzywa w lewo! – ryczał na całą polankę i skończył ćwiczenia tak wysokim podskokiem, że kapelusz na chwilę zawisł w powietrzu.
Patrycja zapisała w dzienniku: „Dwanaście skłonów. Dobry początek dnia”. Zofia rozprostowała szyję, a Alfred wciągnął powietrze.
– Czuję dynię, jesienne liście i zapach przygody – oznajmił.
– To pewnie ciasteczka dyniowe – mruknął Kuba.
Po śniadaniu Patrycja wzięła swoją pomarańczową, jesienną lupę zamiast zwykłej drewnianej i usiadła przy pniu.
– Biuro Detektywów Dżungli jest otwarte! – ogłosiła. – Kto ma problem, niech podchodzi.
– Hej, to moja kwestia! – oburzył się Kuba.
– Ty dopiero wstałeś po spadającym liściu – odpowiedziała Patrycja i otworzyła dziennik.
Latające kule
Pierwszy przyszedł Jeż Józef, a zaraz za nim Jaszczurka Jola. Oboje byli podekscytowani i mówili jednocześnie.
– Widzieliśmy latające kule! – zawołał Józef.
– Duże, pomarańczowe! Wyglądały jak dynie! – dodała Jola.
– Dynie nie latają – zauważył Kuba.
– Wiemy! – odpowiedział Józef. – Dlatego do was przyszliśmy.
Jola zaczęła opowiadać. Wygrzewała się wczoraj na kamieniu przy opuszczonym polu, gdy zobaczyła, jak nad ziemię unosi się coś okrągłego i pomarańczowego, a potem znika za drzewami.
– A potem ktoś je łapie i gdzieś wywozi – dokończył Józef.
– Kto? – zapytała Patrycja z notesem w łapce.
– Tego nie widzieliśmy – przyznała Jola. – Ale furgonetka odjeżdżała bardzo szybko.
Patrycja zapisała: „Latające dynie. Ktoś je łapie i wywozi. Sprawca nieznany”.
Pole Laurentego
Detektywi nie zdążyli jeszcze omówić sprawy, gdy na polankę wszedł Lis Laurenty. Był smutny i spokojny. Kto raz dał się oszukać, ten potem dwa razy sprawdza każde słowo.
Laurenty od czasu historii z Szakalem Szymonem właśnie taki był.
– Dzień dobry – powiedział. – Potrzebuję pomocy. Z mojego pola giną dynie.
– Z opuszczonego pola? – zdziwił się Kuba.
– Teraz to moja farma. Po tym wszystkim, co się stało, chciałem robić coś uczciwego i własnymi łapami – odpowiedział Laurenty. – Przez pół roku urządzałem plantację. A teraz ktoś mi zabiera moje plony.
Detektywi poszli razem z nim na pole. Rzędy dyń leżały w porannym słońcu, grube i pomarańczowe. Patrycja zauważyła kilka małych kopców świeżej ziemi przy płocie.
– Kopce? – zapytała.
– Krety zawsze coś kopią, na każdym polu – machnął łapą Laurenty. – Dziwne jest co innego. Każdego wieczora sprawdzam wszystkie dynie. Są grube i ciężkie, ledwo da się je podnieść. A rano, gdy tylko słońce zaczyna grzać, niektóre unoszą się w górę i odlatują, jakby ktoś dał im znak. Nie rozumiem, jak coś tak ciężkiego może latać.
– Ciężkiego? – zawołał Kuba. – Dla lwa to żadna sztuka!
Chwycił największą dynię, napiął mięśnie i pociągnął. Dynia ani drgnęła. Spróbował jeszcze raz, aż grzywa zadrżała mu na karku.
– Uff… – wysapał. – Może po tym porannym podskoku nie mam dziś formy.
– Jeśli lew nie może jej podnieść – powiedziała Zofia – to jak mogła polecieć?
– Właśnie o to chodzi – westchnął Laurenty.
Alfred obwąchał dynię przy ścieżce.
– Pachnie ziemią i dynią. Zwyczajnie.
– Jak coś, co odlatuje, może pachnieć zwyczajnie? – podrapał się po grzywie Kuba. – Jak mamy śledzić dynie, które odlatują?
Wizyta Agaty
Detektywi usiedli wokół pnia i przez chwilę myśleli w milczeniu, a Patrycja bez słowa stukała ołówkiem w dziennik.
– Może ktoś widział, gdzie lądują – zastanowiła się Zofia. – Na przykład ktoś, kto mieszka blisko miasteczka ludzi.
Kuba rozpromienił się.
– Agata! Moja kuzynka z zoo!
Pantera Agata przybiegła po godzinie, zgrabna i szybka. Wysłuchała opowieści z uwagą.
– Słyszałam o latających dyniach – powiedziała. – W zoo mówi się o nich od kilku dni. A w miasteczku jest ciekawsze zjawisko: para kretów otworzyła niedawno stoisko z zupą dyniową z kardamonem. Ustawiają się do niego kolejki!
– Skąd mają dynie? – zapytała Patrycja.
– Tego nie wiem. Nikt nie widział, żeby je kupowali.
Patrycja i Zofia spojrzały na siebie.
– Musimy to sprawdzić – zdecydował Kuba. – Ale kret rozpozna mnie w kapeluszu z daleka.
– Mnie też – zauważyła Zofia, wyciągając szyję. – Trudno ukryć żyrafę.
– A my? – zapytała Patrycja, patrząc na Alfreda.
Alfred założył słomkowy kapelusz, wziął laskę i zgarbił się.
– Jestem dziadkiem, który przyszedł do zoo z wnusią – oznajmił starczym głosem.
– A ja jestem wnusią – zachichotała Patrycja i zawiązała na głowie kokardkę.
Zupa w miasteczku
Agata przeprowadziła ich bocznym wejściem dla pracowników zoo, a potem puściła oczko do Alfreda.
– Pamiętaj, dziadku, nie przesadzaj z kaszlem – szepnęła.
– Ojej, moje stare kości – jęknął Alfred, opierając się na lasce.
– Dziadku, nie przesadzaj – syknęła Patrycja z kokardką na głowie.
Stoisko z zupą stało tuż przy bramie zoo. Nad nim wisiał szyld: „Dyniowa Norka”. Za ladą krzątała się para kretów w białych fartuszkach, a przed nią ciągnęła się długa kolejka.
– Poproszę zupę dyniową – powiedziała Patrycja głosem małej myszki. – I proszę dodać posypkę.
– Parmezan? – zapytała pani kretowa.
– Tak, poproszę!
– A dla dziadka? – zapytał Kret, patrząc na Alfreda.
– A czy macie posypkę mrówkową? – spytał Alfred.
– Niestety nie – odpowiedział Kret. – Może następnym razem.
Alfred pokiwał smutno głową i spróbował zupy.
– Pyszna – przyznał szeptem do Patrycji. – Kardamon, dynia, odrobina soli.
– Przepraszam, a skąd macie dynie? – zapytała Patrycja słodkim głosem. – Bo takie dobre.
– To proste – odpowiedział Kret. – Nad Krainą Zwierząt dynie latają. My obserwujemy, gdzie spadają, i zbieramy je z ziemi.
– Czyli nikomu ich nie zabieracie? – dopytała Patrycja.
– Co spadło z nieba, jest niczyje – powiedziała pani kretowa i szybko dolała zupy do miseczki następnemu klientowi.
Patrycja i Alfred wyszli ze stoiska.
– Wszystko się zgadza. – szepnął Alfred. – Za bardzo się zgadza.
– Zbieranie dyń z nieba? – zdziwiła się Patrycja. – Brzmi jak bajka. Będziemy ich obserwować.
Łąka
Nie musieli długo czekać. Tuż po południu z tyłu stoiska wyjechała furgonetka prowadzona przez drugą parę młodszych kretów. Alfred i Patrycja ruszyli jej śladem, przemykając od krzaka do krzaka.
Furgonetka jechała bardzo wolno. Zatrzymała się po kilkudziesięciu krokach, a jeden z kretów wysiadł i zaczął długo, bardzo długo poprawiać koło.
Przy tym co chwilę zerkał w stronę krzaków, jakby sprawdzał, czy ktoś na pewno za nimi idzie.
– Dziwne – szepnęła Patrycja. – Przecież koło wygląda dobrze.
– Może mają awarię – odpowiedział Alfred, choć nie brzmiał pewnie.
Kret wsiadł z powrotem i furgonetka ruszyła. Na skrzyżowaniu znów się zatrzymała. Z okna wypadła duża pomarańczowa pestka i potoczyła się dokładnie w stronę ścieżki, którą mieli jechać.
– Wyrzucili pestkę – zauważyła Patrycja. – To jakby ślad dla nas.
– Może przypadek – odpowiedział Alfred. – Ale to bardzo podejrzane.
Przy małym strumieniu pojazd stanął po raz trzeci, choć nic go tam nie zatrzymywało. Jeden z kretów zdjął ciemne okulary i zaczął węszyć, kierując nos w stronę krzaków. Potem rozejrzał się, jakby chciał sprawdzić, czy detektywi nadal za nimi podążają.
Alfred zamarł. Patrycja przestała oddychać.
– Czy nas wyczuwają? – szepnęła.
– Nie wiem – odpowiedział Alfred. – Ale zachowują się tak, jakby chcieli, żebyśmy szli za nimi.
Krety wsiadły do furgonetki i ruszyły dalej. Po kilku minutach zatrzymali się na łące, tuż przy granicy Krainy Zwierząt. Furgonetka stała tam jak na pokaz, z otwartymi drzwiami i workiem na dachu.
Alfred i Patrycja przycupnęli w wysokiej trawie.
Na niebie pojawiła się pomarańczowa kula. Opadała powoli, kołysząc się jak spadający balon. Krety rzuciły się biegiem, złapały kulę i wepchnęły do worka.
– Spadła bardzo cicho – szepnęła Patrycja. – Jakby była lekka.
– Wygląda jak dynia albo jak jeden z tych lampionów, które kiedyś puszczali ludzie – odpowiedział Alfred.
– Przecież już prawie nikt tego nie robi.
– I bardzo dobrze. Ostatnio taki lampion spadł do zoo, a mała małpka próbowała go zjeść. Musiał jej pomagać weterynarz. Można się zadławić albo skaleczyć stelażem. Dużo lepsza zabawa to latarka.
– Mądra uwaga, dziadku – uśmiechnęła się Patrycja.
Krety zapakowały w podobny sposób dwie kolejne spadające dynie, a jeden z nich odwrócił się, ostrożnie wciągnął powietrze, tak jakby nie chciał, aby ktoś to zauważył, a po chwili zawołał bardzo głośno:
– Ach, jakie pyszne dynie! Z takich dyń wyjdzie doskonała zupa!
– Sprawdzał zapachy, wiedzą, że tu jesteśmy – szepnęła Patrycja.
– Też tak myślę – odpowiedział Alfred. – I chcą, żebyśmy widzieli co robią.
Wieczorem w bazie
Wieczorem wszyscy siedzieli wokół stołu w domku. Ala słuchała z szeroko otwartym dziobem, Zofia sięgała po ciasteczko, a Agata siedziała na parapecie. Patrycja rozłożyła notes.
– Krety opowiadają, że dynie spadają z nieba, więc je zbierają. Widzieliśmy na własne oczy, jak kilka spadło. Wszystko, co mówią krety, się zgadza.
– Ale przecież dynie nie mogą latać – powiedział Kuba.
Zapadła cisza. Na parapecie stała wydrążona dynia ze świeczką. Jej płomyk drżał w przeciągu, rzucając dziwne cienie na ściany.
– Jest jeszcze coś, co mnie niepokoi – odezwała się powoli Zofia. – Dynia, która spadła na łące, wydawała się bardzo lekka. A Laurenty mówi, że jego dynie są tak ciężkie, że ledwo da się je podnieść.
– Czyli to mogą być dwa różne rodzaje dyń? – zapytała Patrycja.
– A jeśli te, które spadają, wcale nie nadają się do zupy? – dodał Alfred. – Zupa smakowała dobrze, ale skąd krety mają dynie, skoro ich nie kupują?
Kuba zdjął kapelusz i obrócił go w łapach.
– Jedno jest pewne – oznajmił. – Krety wiedzą, że je obserwujemy. A to znaczy, że musimy być sprytniejsi.
Za oknem zapadał zmrok. Gdzieś daleko, nad ciemnymi koronami drzew, coś pomarańczowego unosiło się w powietrzu.
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.
