Latające dynie – część 2

W poprzednim odcinku w dżungli zaczęły latać dynie. Jeż Józef i Jaszczurka Jola widzieli pomarańczowe kule unoszące się nad opuszczonym polem, a Lis Laurenty, który urządził na nim swoją farmę, skarżył się, że jego dynie znikają. Choć były ciężkie jak głazy, rano, gdy tylko robiło się ciepło, część z nich unosiła się w powietrzu i odlatywała.

Ślady zaprowadziły detektywów do miasteczka, do pary kretów ze stoiskiem z zupą dyniową. Krety miały odpowiedź na każde pytanie i twierdziły, że zbierają tylko dynie, które spadają z nieba. Ich zachowanie wydawało się jednak podejrzane, jakby specjalnie chciały pokazać, że nie mają nic do ukrycia.

Mam dla was niespodziankę. W dzisiejszym odcinku pojawi się Tymek, który niedługo skończy pięć lat. Razem z mamą słuchają i czytają nasze bajki, a my bardzo lubimy ich komentarze do kolejnych odcinków. To podziękowanie dla nich.

Plan na dziś

Rano w bazie pachniało cynamonem i niepokojem. Kuba chodził po domku tam i z powrotem, obracając kapelusz w łapach.

– Krety wiedzą, że je obserwujemy – powiedział. – Więc je przesłuchajmy! Mamy dość dowodów.

– Mamy podejrzenia – stwierdziła Patrycja. – To nie to samo.

– A kto będzie pilnował pola Laurentego? – zapytała Zofia.

W drzwiach stanął Lis Laurenty. Przestępował nerwowo z łapy na łapę i wyglądał na zmęczonego.

– Ktoś znów rano kopał przy płocie – powiedział. – A wczoraj odwiedził mnie sąsiad, królik Karol. Proponował pomoc przy zbiorach, ale mu podziękowałem. Dam radę sam.

– Dziękujemy, Laurenty.

Patrycja uśmiechnęła się i zapisała coś w dzienniku.

– Zofio, Kubo, Alu i Agato, będziecie dziś pilnować pola – zdecydował Alfred. – Dziś w nocy ktoś musi tam być. Ja i Patrycja wrócimy do miasteczka i zobaczymy, co robią krety.

Noc pierwsza

Wieczorem na polu Laurentego pachniało wilgotną ziemią. Lis policzył dynie na głos i zapisał liczbę na tabliczce.

– Czterdzieści osiem. Zapamiętajcie.

Kuba, Agata i Ala ukryli się w szopie na narzędzia. Zofia stanęła za największym drzewem na skraju pola.

– Jestem niewidzialna – szepnęła.

– Jesteś żyrafą za drzewem – zażartował Kuba. – Widać ci szyję.

Po północy przy płocie coś zaszurało.

– Ktoś kopie – szepnęła Agata.

W świetle księżyca zobaczyli tajemniczy cień. Przy płocie ktoś garbił się nad ziemią, a nad jego głową sterczały długie, wąskie uszy. Kopał szybko, a potem rozpłynął się w ciemności.

– Krety! – syknął Kuba. – A kto inny?

– Krety nie mają takich długich uszu – szepnęła Zofia.

– To były takie… kapelusze – upierał się Kuba nadal podejrzewając krety.

Rano Laurenty znów policzył dynie. Czterdzieści osiem. Pod płotem rósł nowy kopiec.

– Nic nie zginęło – przyznał z niedowierzaniem. – Czyli to jakaś gra.

Agata obejrzała kopiec i zmarszczyła nos.

– Krety kopią łapami. A tu jest ślad łopaty.

Królik w kłopocie

Kuba uparł się, że zajrzy do sąsiada Laurentego, królika Karola. Poszli razem z Agatą.

Karol siedział przed norą i chrupał marchewkę. Gdy zobaczył detektywa, upuścił marchewkę z łap.

– Karolu, pytam jako detektyw – zaczął Kuba. – Czy w nocy byłeś na polu Laurentego?

– Ja? – Karol zamrugał. – Kopałem… dla sąsiada. Ale innego! Takiego, który mieszka bardzo daleko.

– Masz na łapach tę samą ziemię – zauważyła Agata.

– Ziemia wszędzie jest taka sama! – zawołał królik i schował za siebie coś, co wyglądało jak łopata. – Muszę już iść, bo marchewki mi stygną!

Zniknął w norze. Kuba podrapał się po grzywie.

– Podejrzane. Ale nie mamy dowodów.

Chłopiec z przedszkola

Tymczasem w miasteczku Alfred, zgarbiony i w słomkowym kapeluszu, szedł oparty na lasce, a Patrycja z kokardką na głowie trzymała go za rękę. Szli za furgonetką kretów, która wjechała do starego garażu obok przedszkola.

Za ogrodzeniem przedszkola stał mały chłopiec w czapce z pomponem i patrzył na nich z ogromną powagą.

– Dzień dobry – przedstawił się. – Jestem Tymek. Niedługo skończę pięć lat. Będę miał urodziny!

– Dzień dobry – odpowiedziała Patrycja głosem wnusi. – Co tu robisz?

– Obserwuję auta – wyjaśnił Tymek. – Bardzo wcześnie rano przyjeżdża tu stary samochód załadowany czymś ciężkim. Kiedy odjeżdża, jest lekki, prawie pusty. A trochę później przyjeżdża inna furgonetka. Wjeżdża do garażu lekka, a kiedy z niego wyjeżdża, jest ciężka!

Patrycja zastanowiła się i zapytała:

– Skąd wiesz, ile ważą auta?

– Przecież widać – wzruszył ramionami Tymek. – Opony się uginają. Jak ciężko, to się uginają, a jak lekko, to stoją prosto.

Alfred zakaszlał, żeby ukryć uśmiech.

– A kto prowadził tę furgonetkę? – zapytał głosem dziadka.

– Dwa krety w ciemnych okularach – odpowiedział Tymek. – Śmiały się cicho, jakby miały tajemnicę. A rano kierowca nic nie mówił, tylko się rozglądał.

– To prawdziwy detektyw – szepnął Alfred do Patrycji.

– Tymku – powiedziała Patrycja – czy możemy na ciebie liczyć, jeśli jeszcze coś zauważysz?

Tymek wyprostował się z dumą.

– Mam dobre oczy.

Wnioski

Wieczorem w bazie Patrycja przypięła do tablicy kartkę z dwiema strzałkami.

Wcześnie rano przyjeżdża auto z ciężkimi dyniami i odjeżdża puste. Trochę później krety wjeżdżają lekkie, a wyjeżdżają ciężkie. Ktoś w garażu przyjmuje dynie od królika i wydaje je kretom, a od kretów odbiera lekkie. Czyli jednak krety biorą dynie! – ucieszył się Kuba. Biorą – przyznała Patrycja. – Ale nie one kopią w nocy. Mają za krótkie uszy. I nie noszą łopat.

– A ten kopiec pod płotem? – dodała Agata. – Jest na nim ślad łopaty, a nie pazurów. Ktoś kopie tunel pod ogrodzeniem. To sztuczka, żeby wszyscy myśleli, że to krety.

A więc musimy złapać kogoś z długimi uszami – podsumowała Zofia. – I dowiedzieć się, dla kogo pracuje.

Zasadzka

Druga noc. Zofia znów stała za drzewem, tym razem bez wielkiej nadziei na ukrycie. Laurenty trzymał latarkę, a Alfred i Patrycja przycupnęli w trawie.

Tuż przed świtem na drogę wjechał mały, rdzewiejący samochód bez świateł. Wysiadł z niego królik z workiem pomarańczowych, lekkich kul. Zamiast przechodzić przez płot, zaczął szybko kopać podkop po zewnętrznej stronie ogrodzenia.

Detektywi wstrzymali oddech i patrzyli, co będzie dalej. Nagle zobaczyli coś niesamowitego! Prawdziwa, ciężka dynia rosnąca po drugiej stronie płotu zatrzęsła się i po prostu zapadła pod ziemię. Została wciągnięta od spodu! Chwilę później z tej samej dziury wyłoniła się lekka kula, którą królik wypchnął swoim tunelem prosto na pole.

Karol ostrożnie zasypał wejście do nory, otrzepał łapki z ziemi, a prawdziwą dynię zaniósł do bagażnika.

– Teraz! – krzyknął Kuba.

Zofia zagrodziła drogę szyją jak szlabanem, Agata pobiegła za samochodem, a Ala błysnęła lusterkiem prosto w oczy królika.

– Biuro Detektywów Dżungli! – ryknął Kuba.

Królik upuścił łopatę i zasłonił uszy łapkami, jakby chciał je schować. Było jednak za późno.

– Karolu – Patrycja spojrzała groźnie na królika – czy sprzedajesz dynie kretom?

– Nie! – zawołał Karol. – Ja nic nie sprzedaję! Ja tylko pomagam Laurentemu!

Lis wyszedł z cienia z latarnią.

– Mnie? – zapytał cicho.

– Pewien miły nieznajomy powiedział mi, że ty wstydzisz się prosić o pomoc – wyjaśnił Karol zrozpaczonym głosem. – I że nie zdążysz ze zbiorami, a dynie zgniją na polu. Więc wymieniam je na lekkie, a prawdziwe odwożę w bezpieczne miejsce. Do garażu w miasteczku.

– Kim jest ten nieznajomy? – zapytał Kuba.

– Nie wiem, jak się nazywa. Spotykamy się zawsze rankiem, a on ma kapelusz i szalik na pyszczku. Mówi, że to tajemnica, ale lubi pomagać innym.

Zapadła cisza. Laurenty patrzył na Karola długo i bez złości. W jego oczach było raczej zdumienie niż gniew.

Patrycja spojrzała na rdzewiejący samochód.

– Pojedziemy twoim autem – powiedziała. – Ty prowadzisz, my jesteśmy dyniami z tyłu.

– Dyniami? – jęknął Karol.

– Bardzo cichymi dyniami – dodał Kuba.

Jazda w workach

Kuba wcisnął się do wielkiego worka po dyniach i wystawił z niego tylko nos. Alfred i Patrycja schowali się pod plandeką, a Agata położyła się płasko na dachu. Zofia nie zmieściła się nigdzie, więc biegła za samochodem, a jej długa szyja kołysała się nad dachami domów.

– Kuba, przestań się wiercić – syknęła Patrycja.

– Nie mogę, mam w worku szyszkę!

Karol zatrzymał się przed starym garażem obok przedszkola i zapukał trzy razy. Nikt nie odpowiedział. Drzwi uchyliły się same.

W środku stało kilka skrzyń, a obok nich ktoś w kapeluszu i szaliku liczył dynie i notował coś na kartce. Gdy detektywi wyskoczyli z ukrycia, postać odwróciła się gwałtownie. Przez chwilę stała bez ruchu. Jej oczy błysnęły w świetle latarni.

– Biuro Detektywów Dżungli! – ryknął Kuba. – Ani kroku!

Tajemniczy gość wypuścił kartkę z łap, przeskoczył nad skrzynią i wypadł tylnymi drzwiami w noc.

– Za nim! – zawołał Kuba.

– Za późno – krzyknęła Zofia, wychylając głowę zza rogu garażu. – Widziałam tylko długi i puszysty ogon.

W garażu zrobiło się cicho. Pachniało kurzem, dynią i jeszcze czymś, czego nikt nie umiał nazwać.

Alfred schylił się i podniósł z podłogi zgubiony szalik. Długo go wąchał.

– Znam ten zapach – powiedział powoli. – Ale nie mogę sobie przypomnieć skąd.

Prawda

Rano na polu zebrali się wszyscy: detektywi, Karol, Laurenty, a Ala przyprowadziła młode krety, Kajtka i Kasię. Karol płakał w rękaw, a Laurenty klepnął go po grzbiecie.

– Nie płacz, Karolu. Chciałeś dobrze.

– Chciałem pomóc – chlipał królik. – A ktoś mnie oszukał.

– Nas też – przyznała Kasia cicho. – Ktoś w kapeluszu powiedział, że to wyjątkowa okazja. Że za każdą dynię, która spadnie z nieba, dostaniemy prawdziwą. I że mamy nikomu nie mówić, bo inni też zechcą tak robić.

– I nie zapytaliście, skąd są te prawdziwe? – zapytała Patrycja.

– Zapytaliśmy – wyznał Kajtek. – Ale usłyszeliśmy, że lepiej nie wiedzieć. A my nie chcieliśmy wiedzieć.

Patrycja stanęła na pniu i otworzyła dziennik.

– Posłuchajcie, jak to było – zaczęła. – Pewien nieznajomy powiedział Karolowi, że Laurenty nie zdąży ze zbiorami. Karol uwierzył. Nocą wymieniał prawdziwe dynie na lekkie i wywoził je do garażu w miasteczku.

– Tam nieznajomy dawał prawdziwe dynie kretom, a od nich odbierał lekkie. Karol zabierał je na pole i znów wymieniał na prawdziwe. Krety myślały, że zbierają dynie z nieba, więc nikomu nic nie mówiły.

– I tak dynie krążyły w kółko. A Laurenty dostawał lekkie i tracił prawdziwe – dodała Patrycja. – Chodziło tylko o to, żeby Laurenty został bez dyń.

– Czyli ten ktoś wszystko ukrywał, a my robiliśmy to, co chciał – podsumował Alfred.

– Prawie – powiedziała Patrycja. – Nie przewidział tylko jednego. Że mały chłopiec zauważy, jak uginają się opony.

Kuba zdjął kapelusz i zwrócił się do kretów.

– Podejrzewałem was od początku i miałem tylko pół racji. Przepraszam.

Laurenty długo milczał.

– Wstydziłem się prosić o pomoc – odezwał się wreszcie. – Po tym, co się stało, chciałem wszystko zrobić sam i udowodnić, że potrafię.

Karol pociągnął nosem.

– A ja byłem tak szczęśliwy, że mogę ci pomóc, że nie sprawdziłem, czy ktoś o to prosił.

– Gdybym poprosił, nic by się nie stało – dodał Laurenty.

Praca zamiast okazji

– Mam pomysł – odezwał się po chwili Laurenty. – Krety potrzebują do zupy tylko dwóch, trzech dyń dziennie. Przychodźcie rano na pole i pomagajcie mi przy zbiorach, a potem zabierajcie dynie prosto ode mnie. Bez pośredników i bez tajemnic. A jeśli kiedyś będę potrzebował więcej pomocy, zaproszę Karola.

– Zgoda – powiedziały krety jednocześnie.

– Dziękuję, Laurenty – szepnął Karol. – Chętnie pomogę, kiedy tylko zawołasz.

Od tego dnia krety co rano pomagały Laurentemu zrywać dynie i układać je w kosze, a potem zabierały swoje dwie lub trzy dynie furgonetką do miasteczka, prosto od lisa. Nad stoiskiem „Dyniowa Norka” pojawił się nowy szyld: „Dynie od Laurentego”. Kolejka była dłuższa niż kiedykolwiek, a zupa smakowała jeszcze lepiej niż wcześniej.

Wieczorem Patrycja zapisała w dzienniku: „Dynie nie latają. Łatwa okazja to nie zysk. Zysk to praca. I warto prosić o pomoc. A mały Tymek ma bardzo dobre oczy.”

Cień w ciemności

Tej samej nocy, w innym garażu, w ciemności zapaliła się mała lampka. Ktoś w płaszczu rozłożył na stole mapę pola i zdjął kapelusz. Szakal Szymon uśmiechnął się szeroko.

– Pierwszy plan nie wypalił – mruknął. – Ale mam jeszcze inny.

Koniec części drugiej. Do usłyszenia. Ola i Tata.

📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!

🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.

Zwierzęta Detektywi - książka z opowiadaniami dla dzieci - wydanie 3 w twardej oprawie
Zwierzęta Detektywi - książka z opowiadaniami dla dzieci - wydanie 3 w twardej oprawie 59,00 zł