Lis Laurenty

Poprzedni odcinek zakończył się na wyspie — Szakal Szymon siedział w dole, Księga Eliksirów wróciła do rąk Tuptusia, a Kuba podniósł łapę i powiedział: „Poszukajmy Laurentego. Powinien sam nam to wyjaśnić.” Nie zdążył jednak ruszyć — obudził go głos Alfreda, który stał obok hamaka z kubkiem herbaty w łapie. Ale gdy Kuba zmrużył oczy i znów zasnął, sen wrócił dokładnie tam, gdzie został przerwany.

Rozdział 1 — Podział ekipy

Kuba stanął na skraju polany i rozejrzał się. Słońce stało już nisko — popołudnie schodziło szybko.

— Nie zostawiamy go na wyspie — powiedział. — Ale nie możemy też czekać do zmroku.

Rozejrzał się po grupie.

— Tuptuś idzie z Zofią i ze mną na statek — powiedział. — Bezpieczną drogą, przez plażę. Alfred czeka na statku.

Tuptuś poprawił okulary i sięgnął po notatnik.

— Zapisuję — powiedział spokojnie.

— Patrycja, Agata, Ruda Panda — wy szukacie Laurentego. Ala leci z wami — będzie waszymi oczami z góry.

Agata stała przy drzewie i patrzyła na wzgórze. Odwróciła się do Kuby.

— Znajdziemy go — powiedziała.

Kuba poprawił kapelusz.

— Wiem. Dlatego cię wysyłam.

Przed wyjściem Tuptuś zatrzymał się i odwrócił. Powiedział bardzo cicho, nie podnosząc wzroku:

— To przeze mnie wpadliśmy w pułapkę. Przez ten korzeń.

Kuba położył mu łapę na ramieniu.

— Tuptuś — powiedział spokojnie. — Który z nas nigdy się nie potknął?

Tuptuś zamknął notatnik. I ruszył pierwszy w stronę plaży.

Rozdział 2 — Trop Lisa Laurentego

Patrycja zaczęła od miejsca, gdzie poprzedniego dnia stał Laurenty przy krawędzi dołu.

Uklękła, przyłożyła lupę do ziemi i przez długą chwilę milczała. Ruda Panda stała obok i wąchała powietrze. Ala krążyła wysoko — spokojna, obserwująca.

Z dołu dobiegł głos.

— Halo? Ktoś tam jest? — Szakal Szymon brzmiał zaskakująco żałośnie. — Wyciągnijcie mnie stąd. Proszę o litość. I o drabinę.

Agata zajrzała przez krawędź. Szakal siedział na dnie, otulony w liście, z miną kogoś, kto ma już dość przygód.

— Drabiny nie ma — powiedziała spokojnie Agata. — Ale za tydzień na wyspie pojawią się kolejni poszukiwacze mapy. Zostawimy im wskazówki, gdzie szukać. Na pewno cię znajdą.

— Za tydzień?! — głos Szakala podskoczył o dwie oktawy.

– Zostawiamy ci wodę, jedzenie… powiedziała Patrycja, odkładając lupę i sięgając do plecaka. – I książki.

— Książki?

— Żebyś miał czas — odezwała się Ruda Panda spokojnie, podchodząc do krawędzi — nauczyć się, że nie można oszukiwać innych.

Szakal otworzył usta. Potem je zamknął. Potem znowu otworzył — ale nic już nie powiedział.

Patrycja starannie opuściła na linie tobołek z zapasami. Agata zostawiła przy krawędzi trzy kamienie ułożone w rząd — znak dla tych, którzy przyjdą później.

Szakal Szymon nie zostanie tu na zawsze. Ale będzie miał czas pomyśleć.

I ruszyły.

Trop Laurentego prowadził w górę — za wzgórze, w stronę skalnych grot. Trzy ciemne skały, które Ala widziała jeszcze wczoraj z powietrza, gdy wypatrywała błysku lusterka.

— Tam — powiedziała Ala, sfruwając niżej. — W środkowej grocie. Widziałam wcześniej, że ktoś tam wszedł.

Ruda Panda zatrzymała się przy wejściu i położyła łapę na ramieniu Patrycji.

— Ktoś tu jest — szepnęła. — Słyszę oddech.

Agata spojrzała na obie. Potem weszła pierwsza — cicho jak cień.

Rozdział 3 — Jaskinia

W środku było ciemno i chłodno.

Lis Laurenty siedział w głębi, przy kamiennej ścianie, skulony z kolanami pod brodą. Na widok czarnej sylwetki Agaty zerwał się gwałtownie — ale Agata uniosła łapę.

— Spokojnie — powiedziała cicho. — Widziałam twój sygnał. Przyszłam podziękować.

Laurenty patrzył na wchodzące za nią Patrycję i Rudą Pandę. Jego zielone oczy były czujne, niespokojne.

Patrycja miała notatnik w łapie, ale jeszcze go nie otworzyła.

— Nie jesteś w kłopotach — powiedziała. — Jesteśmy tu, bo chcemy zrozumieć.

Laurenty stał przez chwilę bez ruchu. Potem powoli usiadł z powrotem przy ścianie.

I zaczął mówić.

Rozdział 4 — Historia Lisa Laurentego

Laurenty oparł się o kamienną ścianę i zaczął mówić.

– Pochodzę z krainy daleko na południu – powiedział. – Suchej, piaszczystej. Od ponad roku nie padał u nas deszcz. Rzeki wysychały. Ogrody zamierały. Moja rodzina… wszyscy szukali ratunku.

Patrycja słuchała bez ruchu.

– I wtedy zjawił się Szakal Szymon – powiedział Laurenty. – Elegancki, pewny siebie. Powiedział, że zna detektywów. Że mają stare księgi z recepturami. Że jest nawet przepis na eliksir, który może wywołać deszcz.

– A co chciał w zamian? – zapytała cicho Ruda Panda.

Laurenty spuścił wzrok.

– Powiedział, że detektywi potrzebują tylko jednej rzeczy – wiedzieć, gdzie ich przyjaciel Tuptuś trzyma księgę szyfrów. Żeby móc odczytać eliksiry.

– I uwierzyłeś – odezwała się Agata. Nie jako zarzut. Po prostu jako fakt.

– Uwierzyłem – przyznał Laurenty. – Bo chciałem wierzyć.

Pojechał z Szakalem na statek. Zakradli się, żeby podsłuchać Tuptusia. Ale Tuptuś ich wyczuł – i uciekł na wyspę, aby powiadomić Detektywów.

– Wtedy już coś poczułem – urwał Laurenty. – Ale powiedziałem sobie, że to tylko jeden fałszywy krok. Że cel jest dobry.

Potem przypłynęli na wyspę. Szakal ukrył łódkę.

– Zapytałem go, dlaczego chowa łódź – powiedział Laurenty. – Odrzekł, że tak bezpieczniej. Ale w jego oczach było coś, czego nie widziałem wcześniej.

– Co takiego? – zapytała Patrycja.

Laurenty chwilę milczał.

– Że mu nie zależy na deszczu. Że nigdy mu nie zależało.

Nie mógł uciec. Łódka była ukryta. Wyspa – obca.

Więc zaczął zostawiać wskazówki. Na wieku skrzynki. Na kamieniu przy brodzie. Małe ślady w błocie prowadzące w lewo – z dala od pułapki.

– Bałem się, że Szakal to zauważy – głos Laurentego był już spokojniejszy.

– Ale bardziej bałem się, że nikt! nie zauważy.

Gdy Szakal wpadł do dołu – Laurenty uciekł w las. I tu siedział. Bo bał się, że detektywi będą myśleli, że jest tak samo winny jak Szymon.

Zapadła cisza.

Patrycja powoli otworzyła notatnik. Ale zamiast pisać — powiedziała:

— Znak, który zostawiłeś na skrzyni. Wiedziałam od razu, że to nie była sztuczka. Zaufałam temu znakowi.

Laurenty spojrzał na nią.

— Naprawdę?

— Naprawdę! — potwierdziła. — Dlatego tu jesteśmy.

Agata wstała i otrzepała płaszcz.

— Czas wracać na statek — oznajmiła. I patrząc na Laurentego, dodała spokojnie: — I nie wracamy sami.

Laurenty przez chwilę milczał.

— Ja… nie wiem, jak się stąd wydostać. Szakal ukrył łódkę, a wyspa jest mi obca.

— My znamy drogę — powiedziała Ruda Panda. — Przyszłyśmy skrótem przez zachodnią plażę. Wrócimy tą samą trasą.

Laurenty spojrzał na wyjście z groty. Potem skinął głową.

Wyszedł za Rudą Pandą — w popołudniowe słońce.

Rozdział 5 — Na statku

Kuba stał na dziobie i patrzył na plażę przez lunetę.

Statek kołysał się spokojnie na kotwicy, trochę dalej od brzegu. Przy trapie czekała mała łódź wiosłowa — tak jak zawsze, gdy trzeba było kogoś zabrać z lądu.

— Idą! — krzyknął radośnie Kapitan Kuba (i uśmiechnął się we śnie, bo przecież cały czas to jego sen)

Zofia wyciągnęła szyję ponad reling. Tuptuś odłożył notatnik i wstał. Alfred spokojnie postawił herbatę na stole i też podszedł.

Na plaży pojawiły się cztery sylwetki. Agata, Patrycja, Ruda Panda — i ktoś czwarty, kogo Kuba jeszcze nie znał z bliska, ale już się spodziewał.

— To on — mruknął Kuba, złapał sznurową drabinkę i zjechał po niej wprost do łodzi wiosłowej.

Przepłynął do brzegu, pomógł wszystkim wsiąść — Laurentemu podał łapę jako ostatniemu, bez słowa, ale z uśmiechem. Na statku Zofia złapała linę i pomogła przyciągnąć łódź. Tuptuś podstawił schodki. Alfred miał już herbatę dla każdego.

Gdy wszyscy stanęli na pokładzie, Kuba odwrócił się do Laurentego i wyciągnął łapę.

— Agata mówiła, że zostawiałeś nam wskazówki, choć byłeś po złej stronie — powiedział. — Nie każdy by to zrobił.

Laurenty uścisnął podaną łapę. Powoli. Mocno.

Na pokładzie Alfred postawił herbatę dla wszystkich. Tuptuś wyjął Księgę Eliksirów — bardzo ostrożnie, jak zawsze — i położył ją na stole.

— Zanim zaczniemy szukać składników — powiedział Kuba, siadając na ławce — musimy podjąć jedną decyzję. Laurenty, twoja kraina potrzebuje deszczu. Mamy księgę. Mamy statek. Pytanie: czy płyniemy?

Cisza.

Alfred odezwał się spokojnie, nie podnosząc wzroku znad filiżanki:

– Płyniemy.

Nikt nie protestował.

Tuptuś otworzył Księgę Eliksirów na wybranej stronie.

— Deszcz — powiedział. — Jest tu przepis na proszek. Rozsypuje się na chmury z powietrza. Chmury gęstnieją… i pada!

Alfred pochylił się nad stroną. Czytał chwilę w milczeniu.

— Potrzebuję trzech składników — powiedział spokojnie. — Sproszkowane srebro. Sól z morskiej wody. I pyłek z kwiatu baobabu.

Patrycja kiwnęła głową powoli.

— Srebro wiąże wilgoć w powietrzu — powiedziała cicho, jakby mówiła do siebie. — Czytałam o tym kiedyś. W prawdziwych księgach, nie tylko naszych.

Laurenty drgnął.

— Srebro — zastanowił się. — W skrzyni, którą Szakal znalazł na wyspie, były dwie rzeczy — Księga Eliksirów i woreczek ze sproszkowanym srebrem. Powiedział, żebym to przechował i oddał mu na statku. Ale teraz…

Wręczył Alfredowi woreczek zawiązany czerwonym sznurkiem.

— Sól mamy w kuchni okrętowej — odezwała się Zofia.

— A pyłek baobabu — powiedziała Ruda Panda, sięgając do swojej torby — zbieram od lat. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda.

Alfred złożył dłonie.

— Mamy wszystko.

— I potrzebujemy kogoś, kto poleci z tym nad chmury — dodała Patrycja, patrząc w górę. — Z tym proszkiem. Żeby go tam rozsypać.

Ruda Panda i Patrycja spojrzały na siebie.

— Z zapasowego żagla można zrobić dwie małe lotnie — zauważyła Ruda Panda.

— Małe — potwierdziła Patrycja. — Potrzeba kogoś lekkiego…

— To lecimy razem? — zapytała Ruda Panda.

Patrycja przez chwilę patrzyła na żagiel. Potem poprawiła lupę na szyi.

— Lecimy razem — powiedziała.

Ala, która siedziała na relingu i udawała, że strząsa kurz ze skrzydeł, uniosła głowę.

— Ja będę waszymi oczami z góry — powiedziała. — Polecę przodem i sprawdzę, nad którymi chmurami rozsypać proszek.

Kuba odwrócił się do Laurentego.

— Gdzie dokładnie leży twoja kraina?

Laurenty wyjął z kieszeni złożoną kartkę — starą, z przetartymi zgięciami. Rozłożył ją na stole obok Księgi Eliksirów.

— Tu — powiedział, wskazując punkt na południu. — Trzy dni drogi statkiem. Jeśli wiatr dopisze.

Kuba spojrzał na horyzont. Przy zachodzie niebo pociemniało — ciężkie, granatowe chmury sunęły szybko od północy. Wiatr uderzył nagle, ciepły i silny.

— Idzie sztorm — powiedział Kuba. — Ale nam to nie przeszkodzi. Wręcz przeciwnie.

Odwrócił się do załogi i krzyknął:

— Cumę na knagę! Szoty w górę, wypływamy natychmiast!

Knaga

szepnęła Ala do Laurentego, gdy ten zmrużył oczy ze zdziwienia — to taki żelazny hak na burcie, do którego przywiązuje się linę. Żeby statek nie odpłynął bez pytania.

A cuma. to taka lina.

dodała, bo Laurenty wciąż wyglądał na zagubionego — to właśnie ta lina. Taka, którą statek jest przywiązany do brzegu jak pies na smyczy. Tylko że statek jest trochę większy od psa.

— A szoty? — zapytał cicho Laurenty.

Liny od żagli

powiedziała Ala. — Pociągasz za szot, żagiel łapie wiatr i płyniesz. Proste.

Liny napięły się. Żagle złapały wiatr. Statek drgnął i ruszył.

— Ze sztormem w plecy — powiedział Kuba, stając przy sterze — dwa dni, nie trzy.

Statek nabierał prędkości. Wiatr uderzał coraz mocniej w żagle, fale rosły, pokład się kołysał. Kuba stał pewnie na kapitańskim mostku — aż tu nagle podmuch uderzył tak silnie, że stracił równowagę i złapał się relingu w ostatniej chwili —

I właśnie wtedy obudził się.

Alfred stał przy hamaku i spokojnie go kołysał.

— Herbata stygnie — powiedział.

Kuba usiadł gwałtownie, rozejrzał się po werandzie domku Detektywów i zmrużył oczy. Z sąsiedniej sofy dobiegł głos Agaty:

— Co to było? Coś hałasowało.

— Alfred — mruknął Kuba, prostując kapelusz. — Alfred hałasował.

Alfred postawił filiżankę na stoliku i usiadł spokojnie w fotelu.

— Mruczałeś przez sen — powiedział. — Oboje mruczeliście.

Rozdział 6 — Przebudzenie

Prawie jednocześnie.

Kuba w hamaku, przed domkiem Detektywów. Agata na sofie na werandzie, z kocem zsuwającym się na deski podłogi.

Spojrzeli na siebie.

Chwila ciszy — taka, w której oboje wiedzą, że śnili to samo, ale żadne z nich jeszcze tego nie powiedziało.

Potem oboje się uśmiechnęli.

Z boku stali Patrycja, Zofia i Alfred — z herbatą, z notatnikiem, z cierpliwymi twarzami.

— Mówiliście swoje imiona przez sen — powiedziała Zofia. — Oboje. I uśmiechaliście się.

Kuba usiadł w hamaku i przetarł oczy.

— To był dobry sen — powiedział.

Alfred postawił dwie filiżanki herbaty na stoliku między hamakiem a sofą. Usiadł spokojnie w swoim fotelu.

— Tak to już jest w rodzinie — powiedział spokojnie. — Czasami śnimy te same sny. I czujemy, kiedy ktoś potrzebuje naszego wsparcia. Tak jak brat z siostrą. Albo dzieci i rodzice.

Agata naciągnęła koc z powrotem i oparła brodę na dłoni.

— Trochę mi żal, że się skończył — mruknęła.

— Bo jesteśmy ciekawi — powiedziała Patrycja, otwierając notatnik. — Co z tym deszczem. I co teraz z Lisem Laurentym.

Kuba poprawił kapelusz — ten sam, który miał przez całą noc w śnie — i spojrzał w niebo.

— Może ten sen wróci — powiedział. — W końcu niektóre sny nie kończą się naprawdę. Tylko robią pauzę.

Do usłyszenia!

📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!

🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.

Zwierzęta Detektywi - książka z opowiadaniami dla dzieci - wydanie 3 w twardej oprawie
Zwierzęta Detektywi - książka z opowiadaniami dla dzieci - wydanie 3 w twardej oprawie 59,00