W dżungli, poranek zaczyna się zawsze od śpiewu ptaków i zapachu świeżych liści.
Ale tego ranka przy domku Zwierząt Detektywów było wyjątkowo cicho.
Mrówkojad Alfred siedział w fotelu na werandzie z filiżanką ziołowej herbaty i patrzył na Kubę, który spał w hamaku z lekkim uśmiechem na pysku.
– Śpij spokojnie, kapitanie – mruknął cicho. – Twój sen jeszcze się nie skończył.
Rozdział 1 – Wyruszamy na wschód
Na Wyspie Dzikich Świń słońce przebijało się przez gęste korony drzew, rzucając złote plamy na błotnistą ścieżkę. Kuba szedł pierwszy – niebieski płaszcz kapitański z epoletami, piracki kapelusz z kotwicą, pewny krok. Za nim Zofia wyciągała długą szyję, żeby zobaczyć, co przed nimi. Ruda Panda szła z boku, wąchając powietrze. Ala latała między drzewami, raz wyżej, raz niżej. Mysz Patrycja biegła obok Kuby z lupą przy oku, badając każdy skrawek ścieżki. A Tuptuś – mały królik w okularach z wielką torbą pełną ksiąg – dreptał na końcu, notując każdy krok w swoim zeszycie.
– Według rysunku na wieku skrzynki – idziemy na wschód – powiedziała Zofia, spoglądając na mapę.
– Wschód jest tam – stwierdził Kuba, wskazując pewnie w lewo.
– Wschód jest tam – powiedziała Zofia spokojnie, wskazując w prawo.
Kuba chrząknął i ruszył w prawo.
Po drodze zaczęły pojawiać się wskazówki. Przy rozwidleniu ścieżki – gałązki ułożone w strzałkę. Przy brodzie przez strumień – kamień z wyrytą linią. Przy wielkim korzeniu – pióro wbite w ziemię, wskazujące na wzgórze.
– Ktoś zostawia nam ślady – mruknęła Ruda Panda.
– Ktoś nam pomaga – powiedziała Patrycja, przykładając lupę do kamienia z wyrytą linią. – Albo nas wabi. To nacięcie jest świeże – zrobione najwyżej kilka godzin temu.
Tuptuś nie podnosił wzroku znad notatnika.
– Jedno nie wyklucza drugiego – odpowiedział rzeczowo.
Ala wzbiła się wysoko ponad korony drzew. Stamtąd widziała wzgórze z trzema ciemnymi skałami. I coś jeszcze – błysk. Raz. Dwa. Trzy razy. Jak lusterko w słońcu.
– Coś tam błyska – zawołała, sfruwając w dół. – Za wzgórzem, w cieniu drzew!
Wszyscy przyspieszyli.
Rozdział 2 – Dwie drogi
Przy podejściu na wzgórze ścieżka rozwidlała się.
W prawo prowadziła wyraźna strzałka z grubych gałązek – duża, wyraźna, niemożliwa do przeoczenia.
W lewo – ledwo widoczne ślady w błocie. Jakby ktoś szedł bardzo ostrożnie, stawiając łapy delikatnie.
Kuba stanął. Zmrużył oczy.
– Strzałka – powiedział pewnie. – Ktoś ją dla nas zostawił. Idziemy w prawo.
Patrycja już klęczała przy śladach w błocie, z lupą przy oku.
– Zaczekaj – powiedziała, nie podnosząc głowy. – Te ślady w lewo są głębsze przy palcach. Ktoś się spieszył. Biegł. I spójrz – tu są trzy łapy blisko siebie, jakby ktoś się zatrzymał i rozejrzał.
– Duża strzałka w lesie piratów? – mruknęła Ruda Panda, marszcząc czoło. – To podejrzane.
Tuptuś przestał pisać. Zdjął okulary, przetarł je, założył z powrotem i otworzył jedną z ksiąg.
– W starych księgach pirackich jest zasada – powiedział z namysłem. – Duży ślad to pułapka. Mały ślad to prawda.
Wszyscy odwrócili się w jego stronę.
– Tuptuś! – powiedział Kuba. – Dlaczego nie powiedziałeś tego wcześniej?!
– Nie pytałeś – odparł Tuptuś i zamknął księgę.
Kuba wziął głęboki oddech.
– W lewo – powiedział stanowczo. – Za małym śladem. Idziemy w…
I właśnie wtedy Tuptuś potknął się o korzeń.
Torba poszybowała w przód. Tuptuś poszybował za torbą. Wpadł w Kubę. Kuba wpadł w Zofię. Zofia zachwiała się długą szyją. Ruda Panda odskoczyła w bok – i stanęła prosto na strzałce z gałązek.
…w prawo.
Przez ułamek sekundy wszyscy stali nieruchomo.
– Może jednak w prawo? – zapytała Ala nieśmiało z gałęzi.
– W prawo – westchnął Kuba.
Tuptuś podniósł się z ziemi, poprawił okulary i sięgnął po notatnik.
– Zapisuję – powiedział łagodnie. – Podjęliśmy właściwą decyzję. Chociaż wykonanie wymagało poprawy.
Rozdział 3 – Pułapka
Ruszyli ścieżką w prawo. Dziesięć kroków. Dwadzieścia. Trzydzieści.
Ziemia pod nogami zaszeleściła dziwnie.
Zofia zdążyła jeszcze powiedzieć:
– To nie są liście, to….
MLASK. TRZASK. CIEMNOŚĆ.
Głęboki dół, zamaskowany liśćmi. Szóstka przyjaciół siedziała na dnie i patrzyła w górę. Nad głowami – siatka, ciasno przywiązana do drzew.
Ala rozłożyła skrzydła i wzbiła się – i natychmiast zatrzymała tuż pod siatką.
Zofia wyciągnęła szyję najwyżej jak mogła – czubek nosa prawie dotknął siatki.
Kuba spróbował wspiąć się po ścianach dołu – były gładkie i sypkie. Niemożliwe do pokonania.
Patrycja zbadała lupą ścianki, potem siatkę, potem ziemię pod nogami.
– Zaplanowane z wyprzedzeniem – powiedziała rzeczowo. – Ściany celowo wygładzone. Siatka przymocowana na czterech punktach. Ktoś się przygotowywał.
Ruda Panda obeszła dół dookoła, szukając jakiegoś oparcia. Nic.
Tuptuś wyjął notatnik.
– Godzina czternasta trzydzieści – powiedział bez emocji. – Wpadliśmy w pułapkę. Ściany gładkie. Wyjście niemożliwe. Siatka zbyt mocna. Nastrój – umiarkowanie zły.
– Tuptuś – powiedział Kuba bardzo spokojnie. – Naprawdę robisz teraz notatki?
– Dokumentacja jest zawsze ważna – odparł Tuptuś. – Szczególnie w trudnych momentach.
Zapadła cisza.
Nikt nie miał pomysłu.
Rozdział 4 – Szakal Szymon
Nad krawędzią dołu pojawiła się głowa.
Elegancka głowa, z wąsami starannie przyczesanymi na boki, w czerwonej kamizelce z mosiężnymi guzikami. Szakal Szymon. Ten sam Szakal, który w tamtym roku chciał ukraść kompas Mikołaja.
Ten sam, który potem próbował sprzedać mieszkańcom dżungli magiczne nasiona, z których – jak obiecywał – wyrosną zimą pełne drzewa. Nasiona okazały się zwykłymi pestkami bez wartości.
Obok niego stała druga głowa. Ruda, z zielonymi oczami. Lis Laurenty. Milczał.
Patrzył na detektywów dziwnie – nie triumfalnie, nie złośliwie. Jakby chciał powiedzieć przepraszam, ale nie wiedział jak.
– Mili piraci… detektywi… cokolwiek – odezwał się Szakal Szymon gładkim głosem. – Nie musicie tu siedzieć. To jest bardzo proste. Tuptuś wychodzi, rozszyfruje dla mnie jedną małą stronę z księgi… i wszyscy idziemy do domu.
Wyjął z torby starą skórzaną księgę z wytartym herbem. Tuptuś, który siedział spokojnie w kącie dołu, podniósł głowę i zamarł.
– Skradziona Księga Eliksirów – szepnął, zapisując szybko coś w swoim notatniku.
– Chcę tylko jednego eliksiru – kontynuował Szakal, jakby mówił o pogodzie. – Tego, który sprawi, że wszyscy będą mnie traktować jak króla. Jeden przepis. To chyba niewiele?
Tuptuś wstał. Był mały – ledwo sięgał Kubie do kolana. Ale w tej chwili wydawał się bardzo poważny.
– Przyrzekłem prababci – powiedział cicho, ale wyraźnie – że nigdy nie ujawnię szyfru w złym celu.
Nie zrobię tego!
Szakal Szymon wzruszył ramionami.
– Macie prowiant na dwa dni. My na dłużej. Poczekamy.
Siatka została. Szakal odszedł.
Lis Laurenty nie ruszył się od razu. Stał przy krawędzi dołu jeszcze przez chwilę.
I nagle, bardzo ostrożnie, upuścił do dołu mały kamień. Na kamieniu był wydrapany znak – dokładnie ten sam, co na wieku skrzynki.
Mrugnął okiem. I zniknął między drzewami.
Kuba podniósł kamień. Patrzył na znak długo.
– Co to ma znaczyć? – mruknął. – Laurenty nam pomaga? Czy to kolejna sztuczka Szakala?
Patrycja wzięła kamień i zbadała go przez lupę.
– Znak jest świeży. Wydrapany ostrym narzędziem, pewną ręką. Ktoś to zaplanował – to nie był przypadek.
– Nie wiemy – powiedziała Ruda Panda. – I to jest najgorsze.
Rozdział 5 – Noc w dole
Noc w dole była długa.
Zofia liczyła gwiazdy przez siatkę, żeby nie zasnąć. Ruda Panda zwinęła się w kłębek. Ala siedziała na ramieniu Kuby i od czasu do czasu pociągała go za ucho, żeby się nie zdrzemnął.
Patrycja przy małej latarce przeglądała swoje notatki z całego dnia, szukając czegoś, co mogła przeoczyć. Tuptuś czytał spokojnie, od czasu do czasu zapisując coś w notatniku.
Kuba patrzył na kamień z symbolem i myślał. Ten sam znak co na wieku skrzynki. Laurenty go dotknął, zanim upuścił kamień w dół. Mrugnął okiem. Odszedł.
Dlaczego ktoś, kto stoi po złej stronie, mruga okiem do tych, których właśnie zamknął w dole?
Kuba nie znał odpowiedzi. Ale czuł, że ta odpowiedź już gdzieś jest – czeka tylko żeby ją znaleźć.
Nad ranem Tuptuś odłożył książkę.
– Szkoda mi was – powiedział cicho. – Spróbuję zyskać na czasie. Będę udawał, że rozszyfrowuję. Mamrotał coś, będę przewracał kartki, będę pisał jakieś znaki. To da nam kilka godzin.
– Na co je wykorzystamy? – spytał Kuba.
Patrycja złożyła swój notatnik i spojrzała na kamień z symbolem.
– Może ktoś już wie, że tu jesteśmy – powiedziała spokojnie.
Rozdział 6 – Pantera Agata
Rano, Szakal Szymon wrócił z drabiną i szerokim uśmiechem.
Tuptuś wyszedł z dołu z wielką miną skupienia. Usiadł na kamieniu, otworzył księgę i zaczął mamrotać, wodzić palcem po stronach, marszcząc czoło i kiwając głową z powagą. Szakal stał obok i co chwilę wyciągał szyję, żeby zajrzeć przez jego ramię.
– No? Co tam widzisz?
– Ciii – powiedział Tuptuś. – Szyfr wymaga skupienia.
Szakal odszedł na krok i czekał niecierpliwie, przestępując z nogi na nogę. Minuta. Dwie. Trzy.
– No już? – zapytał.
– Ciii.
Szakal zmrużył oczy. Zaczął krążyć wokół Tuptusia powoli, jak jastrząb. Tuptuś nie podnosił wzroku. Pisał. Mamrotał. Przewracał kartki.
Szakal pochylił się bliżej.
I właśnie wtedy – bez żadnego dźwięku ostrzeżenia – gałęzie drzewa nad głową Szakala poruszyły się.
Czarna sylwetka spadła z góry cicho jak cień.
Pantera Agata wylądowała za plecami Szakala, chwyciła go za kołnierz czerwonej kamizelki i zanim zdążył wydać jakikolwiek dźwięk – już leciał w dół.
PLUM.
Przez chwilę przy dole panowała kompletna cisza.
Potem z dołu dobiegł głos Szakala Szymona, pełen oburzenia:
– To jest nielegalne!
Zofia, Patrycja, Ruda Panda i Ala wspięli się po drabinie. Kuba wyszedł jako ostatni, a następnie wciągnął drabinę na górę jednym ruchem.
Potem zajrzał w dół i powiedział bardzo spokojnie:
– Panie Szymonie. Dół jest głęboki, ściany gładkie, a drabina – jak pan widzi – już tu nie wisi. Proszę siedzieć cicho i czekać. Ktoś w końcu tędy przejdzie.
Ze środka dobiegło oburzone sapnięcie.
– Kompas Mikołaja też był nielegalny – odparł Kuba, poprawiając kapelusz. – I fałszywe nasiona również. Tym razem niech pan posiedzi i pomyśli.
Odwrócił się do ekipy.
– Idziemy.
Rozdział 7 – Historia Lisa Laurentego
Wszyscy odwrócili się do Agaty.
– Skąd się tu wzięłaś? – zapytała Patrycja.
– Lis Laurenty wysłał sygnał – powiedziała Agata. – Błyskiem lusterka. Do mnie i do Alfreda na statku. Trzy razy. To był umówiony znak. Kazał mi czekać za wzgórzem.
– Laurenty? – powiedziała Ruda Panda z niedowierzaniem. – Ten, który stał obok Szakala?
– Ten sam – potwierdziła Agata. – Ale to on wydrapał wskazówki na wieku skrzynki. Żebyście wiedzieli, w którym kierunku iść. I to on zostawił te małe ślady w lewo – celowo nierówne, jakby ktoś uciekał – żebyście ominęli pułapkę.
Kuba milczał przez chwilę.
– Ale my poszliśmy za strzałką – powiedział w końcu.
– Przez ten korzeń – dodał Tuptuś bardzo cicho, nie podnosząc wzroku.
Patrycja otworzyła notatnik i wskazała na swoje zapiski.
– Wiedziałam, że coś się nie zgadza. Znak na skrzyni, nacięcie na kamieniu przy rzece – ten sam styl. Ta sama ręka. Ktoś zostawiał nam wskazówki od samego początku.
– A dlaczego w ogóle był z Szakalem? – zapytała Zofia.
Agata otworzyła usta żeby odpowiedzieć.
Kuba podniósł łapę i powiedział:
– Poszukajmy Laurentego i chodźmy na statek. Powinien sam nam to wyjaśnić. Gdzie on jest?
I właśnie wtedy Kuba usłyszał głos Alfreda, który z kubkiem herbaty stał obok jego hamaka. Budził się z drzemki obok domku Detektywów.
Rozdział 8 – Kuba się budzi
– I co powiedział? – zapytał Alfred – mówiłeś przez sen.
Kuba otworzył oczy. Hamak kołysał się leniwie. Słońce stało już wysoko.
– Właśnie tego nie wiem – powiedział Kuba z lekką frustracją. – Sen się urwał.
Alfred kiwnął głową z powagą i upił łyk herbaty.
– Mówiłeś przez sen o powrocie na statek – dodała Patrycja.
– Mnie też dziś coś przerwało sen – powiedział po chwili Alfred. – Śniło mi się, że łowię ryby przez przeręblę w Arktyce. Lód, cisza, spokój. Pięknie. I nagle – niedźwiedź polarny z jednej strony, dwa pingwiny z drugiej.
– Pingwiny w Arktyce? – zdziwił się Kuba.
– We śnie tak. Ale niedźwiedź polarny mieszka na biegunie północnym, w Arktyce. A pingwiny żyją na biegunie południowym, na Antarktydzie. Dzieli je prawie cały świat – nigdy by się nie spotkały – odparł Alfred spokojnie. – Ale może ten sen kiedyś wróci. I tym razem czegoś się dowiem.
Kuba patrzył na niego przez chwilę.
– Alfred – powiedział powoli. – W moim śnie Agata była na wyspie. A Agata została z tobą na statku. Jak to możliwe?
Alfred odstawił filiżankę bardzo spokojnie.
– Agata opowiedziała mi swój sen jeszcze zanim się obudziłeś – powiedział. – I był… bardzo podobny do tego, co słyszałem u ciebie.
Obaj patrzyli na siebie przez długą chwilę.
A w dżungli ptaki śpiewały dalej, jakby nic się nie stało.
W kolejnym odcinku wszystko Wam wyjaśnimy. O snach, o Lisie Laurentym, co się stało z księgą eliksirów – i może co z Szakalem Szymonem.
Dobranoc.
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.

