Alfred otworzył jedno oko.
Było ciepło. Przyjemnie ciepło – mimo że za cienką lodową ścianą igloo panowała noc polarna. Mała oliwna lampa rzucała złociste światło na śnieżne ściany. Alfred był przykryty trzema kocami i czuł się doskonale.
Wstał, odsunął lodowy blok służący za drzwi i wyjrzał na zewnątrz.
Ciemność. Zorza polarna tańczyła na niebie w zielonych i fioletowych smugach. Przed nim rozciągała się kra lodowa, a na niej — dwa pingwiny. Stały nieruchomo i patrzyły na niego z powagą, jakby czekały na ważne spotkanie.
Za krą, w czarnej wodzie, spokojnie płynął niedźwiedź polarny.
Alfred stał przez chwilę w wejściu igloo.
Potem podrapał się po nosie.
Zaraz zaraz — pomyślał. — Co mrówkojad robi na Arktyce? To już samo w sobie jest podejrzane. Ale co ważniejsze — co tu robią pingwiny?
Każde dziecko wie — a jeśli nie wie, to teraz się dowie — że pingwiny żyją na Antarktydzie. To jest południowy biegun Ziemi, najzimniejsze miejsce na świecie, otoczone Oceanem Południowym. A niedźwiedzie polarne żyją na Arktyce — czyli na północnym biegunie, za kołem podbiegunowym, wśród lodów i fiordów. Te dwa miejsca są od siebie oddalone o całą kulę ziemską. Pingwin i niedźwiedź polarny nigdy w życiu nie mogli się spotkać.
A jednak stoją tu razem i patrzą na mnie.
Czyli…
Alfred zmrużył oczy.
Czy to jest sen?
— Tata — odezwał się głos.
Alfred zamrugał.
— Tata, ale to miał być sen Kuby.
Tata chrząknął.
— No tak — powiedział. — Masz rację, Olu. Chyba się trochę zapomnieliśmy. Przepraszam, Alfredzie.
Spod koca dobiegło spokojne:
— Nic się nie stało.
— Wracamy do snu Kuby — powiedział Tata. — Do pirackich przygód na Wyspie Dzikich Świń. Zaczynamy dokładnie tam, gdzie skończyliśmy…
…Krzaki stały nieruchomo.
Pięć sekund. Dziesięć.
Kuba wyprostował się, wziął głęboki oddech i jednym zdecydowanym ruchem odgarnął gałęzie.
Za krzakami nie było nikogo.
Obrócił się do grupy. Na jego twarzy pojawił się uśmiech — trochę ulgi, trochę dumy.
— Chyba to tylko wiatr — powiedział.
Ale Ruda Panda stała nieruchomo z przymkniętymi oczami i uniesionym nosem. Wciągała powietrze powoli, metodycznie, warstwa po warstwie.
— Zapach jest — powiedziała cicho. — Nieznajomy. Był tu ktoś.
Ala krążyła nad krzakami, zataczając małe kółka.
— Widziałam — powiedziała spokojnie, opadając niżej. — Krzaki się ruszyły, potem coś między drzewa. Nie zdążyłam zobaczyć co.
Patrycja już klęczała przy krzakach z lupą przy oku. Przesuwała ją centymetr po centymetrze wzdłuż ziemi.
— Ślady — mruknęła. — Małe, lekkie. Głębokość odcisku mówi nam o wadze — ten ktoś nie był duży. Rozstaw kroków — chodził powoli i ostrożnie, nie uciekał. — Wyprostowała się i wskazała lupą na krzew. — I to.
Na kolczastej gałęzi wisiały dwie nitki. Cienkie, ciemnobrązowe.
— Fragment ubrania — powiedziała Patrycja, wyjmując notatnik. — Ktoś przeciskał się przez krzaki i zostawił po sobie ślad.
— Ciemnobrązowa, gruba — dodała — Zapamiętajmy to. Gdy znajdziemy kogoś w ciemnobrązowym ubraniu, będziemy wiedzieć, że to on.
— Czyli ktoś nas śledził — powiedział Kuba.
— Celowo i ostrożnie — potwierdziła Patrycja.
Kuba spojrzał w głąb dżungli. Drzewa stały gęste i milczące.
— Idziemy tropem — powiedział.
Ruda Panda ruszyła pierwsza, nos przy ziemi, ogon uniesiony wysoko jak chorągiewka. Co kilka kroków zatrzymywała się, obwąchiwała liście albo kawałek ziemi i bez słowa wskazywała kierunek łapą.
Za nią szli Kuba, Patrycja i Zofia. Tuptuś dreptał na końcu, uparcie nadążając, choć plecak przy każdym kroku ciągnął go do tyłu jak kotwica.
Ścieżka prowadziła w dół zbocza, przez coraz gęstsze poszycie. Liście były duże jak parasole, korzenie drzew wyłaziły z ziemi jak palce olbrzyma.
Po kilku minutach Ruda Panda zatrzymała się przy podmokłym terenie.
— Tędy — mruknęła.
Ala przeleciała nad mokradłem i wróciła.
— Jest tu wyjście po lewej — powiedziała. — Z góry widać suchą ścieżkę. Ale dłuższą.
— Idziemy przez środek — zdecydował Kuba.
Ala kiwnęła głową z miną kogoś, kto wiedział, że tak będzie.
Przechodzili jeden po drugim, ostrożnie szukając suchych miejsc. Kuba przeszedł. Patrycja przeszła. Zofia przeszła z godną podziwu gracją, jakby robiła to codziennie. Tuptuś zrobił dwa pewne kroki, trzeci — i jego lewa łapka zanurzyła się w błocie z charakterystycznym, głośnym:
Plusk.
Wszyscy się odwrócili.
Tuptuś stał z łapką w błocie i filozoficznym wyrazem twarzy.
— Zostawiłem własny ślad — powiedział spokojnie.
— Bardzo wyraźny — przyznała Patrycja, zapisując.
Kuba spojrzał na niego przez chwilę i odchrząknął.
— Może ja poniosę plecak — zaproponował.
Tuptuś zatrzymał się i wyprostował z miną kogoś, kogo właśnie dotknięto w czułe miejsce.
— Sam noszę — powiedział krótko.
— To ciężkie — zauważył Kuba.
— Wiem.
— Prababcia tak mówiła? — zapytał Kuba.
Tuptuś poprawił okulary.
— No właśnie — powiedział i ruszył przed siebie z nową determinacją.
Kilka minut później Ruda Panda zatrzymała się gwałtownie przy dużym szarym głazie.
Obwąchała go z każdej strony. Pokręciła głową.
— Zapach ginie — powiedziała z wyraźną frustracją. — Wiatr zmienił kierunek.
Wszyscy stanęli. Kuba rozejrzał się bezradnie. Głaz był duży, ścieżka po obu jego stronach wyglądała identycznie.
Wtedy Tuptuś podniósł łapkę nieśmiało.
— Przepraszam — powiedział. — Ale tam, po prawej stronie głazu, są połamane gałązki. Na tej samej wysokości co nitki na tamtym krzaku.
Wszyscy spojrzeli.
Rzeczywiście. Trzy cienkie gałązki, złamane czysto, na wysokości małego zwierzęcia.
— Skąd wiedziałeś żeby na to patrzeć? — zapytał Kuba.
Tuptuś poprawił okulary.
— Czytałem o tym — powiedział. — W trzeciej albo czwartej księdze. Dokładnie nie pamiętam której, bo miałem je obie w plecaku jednocześnie i trochę się pomieszały.
— Dobra robota, Tuptusiu — powiedziała Patrycja i zapisała coś w notatniku.
Tuptuś wyprostował się tak bardzo, że plecak o mało go nie przewrócił do tyłu.
Szli dalej tropem połamanych gałązek i ledwo widocznych odcisków łap.
Aż dotarli do strumienia.
Ruda Panda stanęła na brzegu. Wciągnęła powietrze. Raz, drugi, trzeci. Potem powoli opuściła nos i pokręciła głową.
— Koniec — powiedziała. — Zapach się urywa przy wodzie.
Patrycja przykucnęła i przyjrzała się kamienistemu dnu strumienia.
— Ktoś wszedł do wody — powiedziała. — To stara metoda — woda zmywa ślady i zapachy lepiej niż cokolwiek innego. Detektywi wiedzą o tym od stuleci, więc i sprytni uciekinierzy też wiedzą. — Wstała i otrzepała łapy. — Trzeba sprawdzić oba brzegi. Jeśli wszedł tutaj, gdzieś musiał wyjść.
Podzielili się. Kuba z Tuptusiem sprawdzali prawy brzeg, Patrycja z Zofią — lewy. Ruda Panda chodziła wzdłuż samej wody, co chwilę przystając.
Po kilku minutach wrócili w to samo miejsce.
Nic.
Kuba zmrużył oczy i patrzył na wodę.
— Mądrze — powiedział w końcu. W jego głosie było tyle samo niechęci co szacunku.
Patrycja rozłożyła mapę na płaskim kamieniu przy strumieniu. Tuptuś przykucnął obok, poprawiając okulary i natychmiast przyjmując minę kogoś, kto wie co robi.
— Mapa jest zaszyfrowana — powiedział. — Liczby przy każdym miejscu oznaczają kolejność. Małe symbole przy ścieżkach to kierunki świata — ten znak to wschód, ten to północ.
Patrycja przesunęła lupę nad centralną częścią mapy.
— Tu jest X — powiedziała. — I napis. „Trzy kroki na wschód od kamiennego serca, dwa na północ od miejsca gdzie drzewa rosną razem.”
Przez chwilę wszyscy patrzyli na mapę.
— Kamienne serce — powtórzyła powoli Ruda Panda. — Głaz w kształcie serca. Widziałam taki przy strumieniu, gdy szukałyśmy śladów.
— Doskonale — powiedziała Patrycja. — Ale zanim wrócimy do głazu — skąd wiemy gdzie jest wschód i północ?
Ruda Panda uniosła nagle łapę.
— Chwila — powiedziała. — Mapa mówi „na wschód” i „na północ”. Ale słońca nie widać. Drzewa zasłaniają wszystko. Czy nie powinniśmy użyć kompasu zamiast zgadywać?
Patrycja kiwnęła głową z uznaniem.
— Kompas mamy i użyjemy — powiedziała — ale dobry detektyw powinien umieć znaleźć kierunek bez niego. Bo kompas można zgubić. Albo się zepsuć. Natura jest zawsze pod ręką. W Europie można obserwować mech — rośnie głównie od północnej strony kamieni i drzew, bo tam jest chłodniej i wilgotniej. Ale w dżungli mech rośnie wszędzie, więc trzeba szukać innych wskazówek.
Zofia, która przyglądała się koronom drzew od dłuższej chwili, odezwała się spokojnie:
— Korony drzew. Drzewa w dżungli dążą do światła. Tu, na Karaibach — na północ od równika — słońce jest po stronie południowej. Więc korony są gęstsze od południa, rzadsze od północy. — Wskazała na drzewo nad ich głowami. — Tam jest południe. Tamta strona — to północ.
Wszyscy podnieśli głowy. Różnica była subtelna, ale gdy się wiedziało czego szukać — wyraźna.
— A wąwozy i zagłębienia terenu — kontynuowała Patrycja — od strony północnej jest chłodniej i wilgotniej, więc roślinność jest tam ciemniejsza i gęstsza.
Alfred kiedyś wspominał też o mrowiskach – zapytamy go po powrocie na statek – dodał Kuba.
Kuba rozejrzał się po dżungli. Spojrzał na korony drzew. Na zagłębienie przy strumieniu — ciemniejsze, gęstsze od jednej strony. Na stary kamień przy ścieżce, przy którym od jednej strony rósł gruby kopiec mrowiska.
— Tam — powiedział, wskazując kierunek pewnie.
Ruda Panda wciągnęła powietrze i kiwnęła głową.
— Zgadza się — powiedziała. — Czuję też chłód z tamtej strony.
Tuptuś patrzył na nich z podziwem i coś szybko notował w małym zeszycie wyciągniętym z bocznej kieszeni plecaka.
— Zapisuję — mruknął. — Na wszelki wypadek.
Wrócili do głazu w kształcie serca.
Stał przy strumieniu, szary i omszały, nieregularny — ale gdy się spojrzało z odpowiedniego kąta, kształt był wyraźny. Zaokrąglony u góry, zwężający się na dole.
— Trzy kroki na wschód — powiedziała Patrycja.
Kuba odliczył trzy kroki.
— Dwa na północ.
Kuba zrobił dwa kroki. Stanął i spojrzał pod nogi.
Ruda Panda podeszła, przykucnęła i zaczęła wąchać ziemię w małych kółkach, coraz mniejszych, coraz wolniejszych.
— Tu — powiedziała w końcu, stawiając łapkę na ziemi.
Kuba przykucnął i zaczął kopać rękami. Ziemia była miękka, jakby ktoś już ją wcześniej ruszał.
Po chwili jego łapy natrafiły na drewno.
Skrzynka była stara. Bardzo stara. Drewno ciemne i wilgotne, okucia z rdzawego żelaza, zamek dawno skruszały. Kuba wyjął ją ostrożnie i położył na kamieniu.
Wszyscy stali wokół.
Kuba spojrzał na Patrycję. Patrycja kiwnęła głową.
Kuba otworzył wieko.
Pusta.
Cisza.
Tuptuś westchnął tak głęboko, że plecak lekko go pochylił do przodu.
Ale Patrycja już pochylała się nad skrzynką z lupą, nie nad jej wnętrzem — nad wiekiem. Po wewnętrznej stronie, wyrytym ostrym narzędziem, był rysunek. Prosty szkic wzgórza z trzema charakterystycznymi skałami na szczycie. I małe kółko — zaznaczone przy podstawie wzgórza, po lewej stronie.
— Wskazówka — powiedziała Patrycja cicho.
— Ktoś był tu przed nami — powiedział Kuba.
Patrycja oświetliła rysunek lupą i pochyliła się bliżej.
— Te znaki — powiedziała powoli — są świeższe niż skrzynka. Drewno wokół nich jest jaśniejsze, rysa ostra, bez śladów wilgoci. Skrzynka ma co najmniej kilkadziesiąt lat. Ten rysunek — może kilka tygodni.
Wszyscy milczeli.
— Ktoś znalazł tę skrzynkę przed nami — powiedział Tuptuś cicho. — I zostawił wskazówkę.
— Albo — powiedział Kuba — ktoś chce, żebyśmy szli dalej. We właściwym kierunku.
— Albo w pułapkę — mruknęła Zofia spokojnie.
Nikt nie odpowiedział, bo każdy myślał to samo.
Ala siedziała na krawędzi skrzynki i pochylała głowę raz w lewo, raz w prawo.
— Widziałam to wzgórze — powiedziała. — Z powietrza. Te trzy skały są po wschodniej stronie. — Zatrzepotała skrzydłami. — I coś tam błyszczy.
Kuba powoli podniósł wzrok na wzgórze widoczne ponad koronami drzew. Trzy ciemne skały na szczycie sterczały jak palce.
Gdzieś tam — między drzewami na zboczu — coś ponownie błysnęło.
Szybko i krótko, jakby szkło złapało światło.
Luneta.
Kuba wpatrywał się w to miejsce jeszcze przez chwilę. Ale błysk się nie powtórzył.
Szakal Szymon schował lunetę i się uśmiechnął.
Kuba zrobił krok w stronę wzgórza…
… i poczuł na nosie coś zimnego.
Potem drugie. Trzecie.
Krople deszczu.
Kuba otworzył oczy.
Nad hamakiem kołysały się liście palmy. Z nieba spadał drobny, ciepły, majowy deszcz. Krople bębniły o duże liście bananowca przy domku i spływały w małych strużkach na ziemię.
— Nie!!! — powiedział Kuba do nieba.
Niebo nie odpowiedziało. Ale deszcz wyraźnie przyspieszył.
Alfred stał przy wejściu na taras z parasolem rozłożonym spokojnie nad głową i miną kogoś, kto wiedział o tym od dłuższego czasu.
— Mówiłem rano, że będzie padać — powiedział.
— Nie mówiłeś — powiedział Kuba, wchodząc na taras i strząsając krople z kapelusza.
— Mówiłem do siebie — przyznał Alfred. — Ale mówiłem.
Kuba usiadł na tarasowych schodkach i patrzył na deszcz bębniący o liście dżungli. Patrycja wyszła z domku z kubkiem gorącej herbaty i bez słowa postawiła go obok Kuby. Zofia wróciła do książki. Ala skuliła się pod okapem i udawała, że nie słyszy deszczu.
Alfred usiadł obok Kuby.
Po chwili ciszy zapytał spokojnie:
— Znowu miałeś ten sen?
— Tak — powiedział Kuba.
— I co tym razem?
Kuba trzymał kubek w obu łapach i patrzył na krople spływające po liściach bananowca.
— Byliśmy blisko — powiedział w końcu. — Ktoś był na wyspie przed nami. Zostawił wskazówkę w pustej skrzynce. I obserwował nas z oddali.
Alfred kiwnął powoli głową, jakby to nie było dla niego zaskoczenie.
— I co teraz? — zapytał.
— Wrócimy — powiedział Kuba. — Następnym razem dotrzemy na wzgórze.
Ciepły deszcz padał.
A Kuba już nie mógł doczekać się kolejnej drzemki.
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.
