[Dźwięki: brzęk kowadła, rżenie koni, odgłosy wiejskiej kuźni]
Łup. Łup. Łup.
Kuba stał przy kowadle i pocił się solidnie. Miał fartuch skórzany, miał młot, miał rozżarzone żelazo. Był kowalem i właśnie podkuwał konia.
Wtedy za jego plecami rozległy się kroki. Ciężkie, pewne siebie, metaliczne.
Kuba odwrócił się.
Przed nim stał rycerz. Wysoki, w srebrnej zbroi, z przyłbicą zasłoniętą do połowy. Ale oczy — te żółte, przebiegłe oczy — Kuba gdzieś już widział.
— Chcę złote podkowy — powiedział rycerz.
— Złote? — Kuba zmrużył oko. — Złoto jest za miękkie. Koń by się przewracał na każdym zakręcie.
— Nieważne. Chcę złote. Zrób.
— Nie zrobię.
Rycerz roześmiał się. Śmiech był ostry, nieprzyjemny i dziwnie znajomy.
— W takim razie nie zapłacę. Za nic. — Machnął ręką na gotowe podkowy. — Do widzenia, kowalu.
I odszedł, brzęcząc zbroją.
— Hej! — krzyknął Kuba. — Wróć tu! To kradzież!
Ale rycerz już zniknął za rogiem.
Trzask.
Kuba otworzył oczy.
Kajuta. Statek. Skrzypienie drewna i szum fal.
Przy koi stała Patrycja z kubkiem herbaty i ledwo powstrzymywanym uśmiechem.
— Kapitanie Kubo. Znowu chrapałeś jak armata.
— Śniło mi się, że jestem kowalem — mruknął Kuba. — Przyszedł klient, chciał złotych podków i nie chciał zapłacić za nic.
— Kubo — powiedziała Patrycja cierpliwie. — Nie jesteś kowalem. Jesteś kapitanem statku.
— Pirackim — dodała Ala z okna, nie otwierając oczu, przykryta skrzydłem jak kołderką.
— Ala, powiedziałem ci, żebyś szła na wachtę. — powiedział Kuba.
— Jestem na wachcie — mruknęła Ala. — Wewnętrznej. Pilnuję kajuty.
(A teraz mała podpowiedź dla słuchaczy — Kuba nadal śpi w hamaku przy jeziorze. Statek, kajuta, Patrycja z herbatą — to jego sen. A przed chwilą śnił kowal w środku snu o statku. Sen w środku snu? U Kuby — jak najbardziej.)
Kuba założył kapelusz i wszedł na mostek.
Agata stała przy mapach. Pod oczami miała cienie po nieprzespanej nocy, ale trzymała się prosto.
— Tamten statek — powiedział Kuba od progu.
— Płynął dalej — powiedziała Agata. — Nawet nie zmienił kursu. Sztorm, ciemność, wysokie fale — byliśmy dla nich niewidoczni. Albo mieli ważniejsze sprawy po drugiej stronie wyspy.
— Co tam robili przez tę godzinę?
— Nie wiem — powiedziała Agata spokojnie. — Ale to się wyjaśni później. — Uśmiechnęła się lekko.
— Czekaliśmy aż zniknie za horyzontem. Dlatego poszedłeś spać tak późno. I dlatego chrapałeś jak armata.
— Nie chrapię jak armata — powiedział Kuba z godnością.
— Kapitanie — odezwał się Alfred od drzwi, wchodząc z talerzem mrówkowych ciasteczek. — Słyszałem cię z kuchni.
— Kuchnia jest po drugiej stronie statku — powiedział Kuba.
— Właśnie — powiedział Alfred.
Nastała chwila ciszy.
— Idź odpocząć, Agata — powiedział Kuba. — Twoja wachta się skończyła. Wachta to dyżur na statku — każdy marynarz czuwa przez kilka godzin, żeby ktoś zawsze pilnował. Teraz moja kolej.
Agata kiwnęła głową z wdzięcznością i wyszła.
Kuba patrzył na mapę. Wyspa Dzikich Świń. Nieregularny kształt, skaliste brzegi, wzgórze w środku. I małe X — miejsce ukrycia skrzyni z Księgą Eliksirów.
Właśnie wtedy rozległ się krzyk z bocianiego gniazda.
— Dym! — wrzasnęła Ruda Panda. — Widzę dym z wyspy!
Kuba wypadł na pokład. Nad zielonym pasmem dżungli unosiły się białe kłęby dymu — trzy szybkie obłoczki, przerwa, znowu trzy.
Patrycja już była przy nim z lunetą.
— Regularnie. Ktoś to robi celowo — mruknęła.
— To alfabet Morse’a! — powiedziała Ruda Panda, zsuwając się z masztu.
— Chyba nie — odezwała się Zofia, wychylając głowę z kuchni z chochlą w ręce. — Alfabet Morse’a wymyślono dużo później niż czasy piratów.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Skąd wiesz? — zapytała Ruda Panda.
— Czytałam — powiedziała Zofia i wróciła do kuchni.
Cisza.
— Czytałam — mruknęła Patrycja, otwierając notatnik. — No to ja też. Sygnały dymne. Trzy krótkie kłęby z przerwą — niemal wszędzie i zawsze oznaczały jedno: jestem tutaj, potrzebuję pomocy.
— Ktoś woła o pomoc — powiedział Kuba. — Płyniemy tam.
Przybili do plaży. Na ląd zeszli Kuba, Patrycja, Zofia i Ruda Panda. Alfred, Agata i Ala zostali na statku.
— Uważajcie — powiedział Alfred, marszcząc nos w stronę wyspy – Po wczorajszym pościgu za tym tajemniczym statkiem w czasie sztormu musimy zachować szczególną ostrożność.
Kuba stanął na plaży i rozejrzał się. Gęsta dżungla, ogromne drzewa, kolorowe ptaki krzyczące w koronach, zapach kwiatów i słodkich owoców.
I nagle to dziwne uczucie.
— Ta dżungla — powiedział powoli — jest trochę jak nasza. Tylko bez domku. I bez hamaka.
— Hamaka bardzo mi brakuje — dodał po chwili.
— Skupmy się — powiedziała Patrycja i ruszyła z lupą przed siebie.
Ruda Panda wysunęła się na przód, wąchając ziemię co kilka kroków.
— A właściwie — zapytała nagle — dlaczego ta wyspa nazywa się Wyspą Dzikich Świń?
— Bo dawno temu pierwsi żeglarze zobaczyli z pokładu czarne zwierzątka biegnące po plaży — powiedziała Patrycja. — Trochę przypominały świnie, więc tak je zapisali w księdze. Każdy następny żeglarz czytał tę samą księgę i powtarzał tę samą nazwę. Nikt nie zapytał mieszkańców, jak oni nazywają swój dom.
— A te świnki? — zapytała Ruda Panda
— Już ich nie ma — powiedziała Patrycja cicho. — Zostały tylko w nazwie.
— A prawdziwa nazwa wyspy? — zapytała Ruda Panda.
Szli dalej za Rudą Pandą w głąb wyspy.
Po dwudziestu minutach Ruda Panda nagle stanęła i uniosła łapę. Byli bardzo blisko wygaszonego już ogniska, z którego pochodziły sygnały dymne.
Z krzaków dobiegł hałas. Głośny, chaotyczny i zakończony wyraźnym:
— Auć.
Spośród liści wyturlał się wielki plecak z wystającym rogiem opasłego, Rodzinnego Słownika Szyfrów. Za plecakiem wyturlał się jego właściciel — mały Królik z gałązką między uszami. Leżał na plecach. Nogi sterczały w górę.
Wszyscy patrzyli.
Królik patrzył na wszystkich.
— Cześć — powiedział niepewnie.
— Cześć — powiedział Kuba.
Królik próbował wstać, ale plecak był za ciężki. Przewrócił się znowu. Zofia spokojnie podeszła i postawiła go na nogi.
— Dziękuję — mruknął, poprawiając okulary. — Jestem Tuptuś. Królik Tuptuś. Wysyłałem sygnały dymne od świtu. Bałem się, że nikt nie zauważy.
— Zauważyliśmy — powiedziała Ruda Panda.
Tuptuś odetchnął z ulgą tak głęboko, że aż usiadł.
— Co tu robisz sam? — zapytała Patrycja.
— To długa historia — powiedział Tuptuś.
— Mamy czas — powiedział Kuba, siadając na kamieniu.
Tuptuś miał niezwykły dar — potrafił czytać stare księgi zapisane w zapomnianych językach i szyfrach. Nauczyła go tego prababcia, która nauczyła się od swojej prababci. Płynął statkiem badaczy razem z innymi uczonymi.
Aż pewnej nocy zobaczył coś niepokojącego. Jeden z marynarzy przy świetle świeczki kopiował mapę — tę mapę, z zaznaczoną Wyspą Dzikich Świń. Tuptuś schował się za beczką i obserwował, nie śmiąc oddychać za głośno. Marynarz był bardzo staranny — kopiował każdy szczegół, każdą linię, każde oznaczenie. Gdy skończył, wypuścił gołębia przez okno ładowni.
— Gołębia pocztowego — wyjaśniła Patrycja. — Tak w dawnych czasach przesyłano wiadomości. List przywiązywało się do nogi ptaka, a gołąb leciał prosto do odbiorcy.
— Wiedziałem do kogo poleci — powiedział Tuptuś cicho.
— Do Szakala Szymona — powiedział Kuba.
Tuptuś kiwnął głową.
— Marynarz był jego szpiegiem — kimś, kto udaje przyjaciela, a zbiera informacje dla wroga. Szakal potrzebuje mnie, bo bez kogoś, kto odczyta szyfr w Księdze Eliksirów, skarb jest dla niego bezużyteczny. Całą noc nie spałem i myślałem co robić. Gdy statek zatrzymał się przy wyspie, żeby uzupełnić zapasy wody — wysiadłem cicho. Powiedziałem, że idę zebrać owoce, i nie wróciłem. Ukryłem się i czekałem. Od mew dowiedziałem się, że płyniecie w tym kierunku, więc wypuściłem sygnały dymne.
Kuba spojrzał na Patrycję. Patrycja spojrzała na Kubę.
— Jesteś pod naszą ochroną — powiedział Kuba. — Od tej chwili.
Tuptuś uśmiechnął się pierwszy raz od początku rozmowy.
Ruszyli razem w głąb wyspy. Tuptuś powiedział, że skrzynia powinna być przy wzgórzu trzech głazów — trzy ciemne skały sterczące na szczycie jak palce.
Ruda Panda szła na czele. Tuptuś dreptał obok niej, co chwilę poprawiając okulary i rozglądając się nerwowo.
— Jak ty to robisz? — zapytał w końcu, patrząc na Rudą Pandę. — To wąchanie ziemi.
— Każdy metal ma swój zapach — powiedziała Ruda Panda, nie zwalniając kroku. — Stare żelazo pachnie rdzą i deszczem. Złoto pachnie inaczej — chłodniej, słodziej. Miedź — cierpko. Uczę się od małego.
— To trochę jak ja z językami — powiedział Tuptuś.
— Dokładnie — powiedziała Ruda Panda i oboje kiwnęli głowami z wyraźnym wzajemnym szacunkiem.
Kuba — coś czujesz? — odezwał się nagle.
Ruda Panda zatrzymała się. Wciągnęła powietrze. Raz. Drugi. Trzeci.
— Metal — powiedziała powoli. — Rdzawe okucia skrzyni. Gdzieś niedaleko. — Zamrugała. — Ale coś jeszcze. Inny zapach. Nieznany.
I wtedy z nieba wystrzelił zielono-czerwony pocisk.
Zanim Kuba zdążył pomyśleć — Ala wylądowała mu na ramieniu z impetem, który prawie zrzucił mu kapelusz.
— Alfred mnie wysłał! — wrzasnęła przy jego uchu. — Czuję stare drewno, proch i coś znajomego od strony wyspy. Kazał wam bardzo uważać!
— Ala — powiedział Kuba, gdy serce wróciło na miejsce — czy musiałaś lądować tak entuzjastycznie?
— Posłaniec musi być szybki — powiedziała Ala z godnością i usiadła wygodniej na ramieniu.
Patrycja zapisywała szybko. — Stare drewno, proch, coś znajomego. Alfred ma dobry nos. Musimy być czujni.
I właśnie wtedy — z krzaków po lewej — dobiegł szelest.
Wszyscy stanęli.
Cisza.
Znowu — szelest. Bliżej.
— To pewnie wiatr — powiedział Kuba, choć głos mu lekko drżał.
— Nie ma wiatru — powiedziała Zofia spokojnie.
Ruda Panda wciągnęła powietrze.
— Ten zapach — szepnęła. — Ten nieznany. To tutaj.
Kuba wyprostował się, poprawił kapelusz i zrobił krok w stronę krzaków.
— Wiemy, że tam jesteś — powiedział głośno i pewnie. — Wychodź.
Krzaki były nieruchome.
Pięć sekund. Dziesięć.
I wtedy —
Plum.
Kuba otworzył oczy.
Coś twardego leżało na jego brzuchu. Nad nim kołysały się liście palmy. Hamak skrzypiał leniwie.
Kuba spojrzał w dół.
Kokos.
— Aua — powiedział, trochę za późno.
Z tarasu dobiegł spokojny śmiech Alfreda.
— Słyszałem — powiedział Alfred.
— Kokos mi spadł na brzuch — powiedział Kuba z godnością.
— To też słyszałem — powiedział Alfred.
Kuba siedział chwilę w hamaku, trzymając kokosa i patrząc w liście palmy.
— Miałem sen w środku snu — powiedział w końcu. — I obudziłem się dokładnie w najgorszym momencie.
— Opowiesz nam? — zapytała Patrycja, wychodząc z domku z notatnikiem. Alfred usiadł na schodkach tarasu. Zofia odłożyła książkę.
— Tak — powiedział Kuba. — Ale zaczęło się od kowala. I od kogoś, kto nie chciał zapłacić. — Zmrużył oczy. — I miał bardzo znajomy śmiech.
Alfred powoli wąchał wieczorne powietrze. Patrycja już pisała.
A gdzieś w dżungli — daleko, za drzewami — zaskrzeczał ptak.
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.

