Rozdział 1. Sztorm
Kuba otworzył jedno oko.
Okiennica. Ta przy lewym oknie kajuty. Wiedział, że coś z nią było nie tak, gdy kładł się spać, ale był zmęczony i powiedział sobie. Jutro sprawdzę.
No cóż. Jutro właśnie nastało, i okiennica przypominała mu o tym bardzo głośno.
Za oknem szalał sztorm. Wiatr wył jak stado rozgniewanych sów, deszcz bębnił w pokład, a fale kołysały statkiem tak, że kubek z herbatą ześlizgnął się ze stolika i potoczył się po podłodze kajuty. Kuba spojrzał na kubek. Kubek spojrzał na Kubę.
„Kapitan zawsze sprawdza statek przed snem” — mruknął do siebie. — „Kapitan nigdy nie zapomina. Kapitan jest czujny, dzielny i… no dobrze, kapitan tym razem po prostu zapomniał o okiennicy.”
Usiadł na koi i przeciągnął się potężnie. Potem wstał — bo Kuba nigdy, ale to nigdy nie opuszczał porannej gimnastyki. Nawet na statku. Nawet podczas sztormu.
Dziesięć przysiadów. Raz, dwa, trzy… Statek kołysał się przy każdym przysiadzie, więc Kuba wyglądał trochę jak ktoś, kto próbuje ćwiczyć na huśtawce. Osiem, dziewięć, dziesięć! Dziesięć pompek. Pięć skłonów. Gotowe.
Założył kapitański kapelusz — czarny, z wielkim rondem i złotą klamrą, zdecydowanie lepszy od zwykłego kapelusza safari — potem buty z cholewami i długi płaszcz przeciwdeszczowy. Wyglądał dokładnie tak, jak kapitan powinien wyglądać podczas sztormu. Czyli dostojnie i poważnie, mimo że włosy pod kapeluszem stały mu w trzech różnych kierunkach.
Wyszedł z kajuty.
Rozdział 2. Na pokładzie
Deszcz uderzył go w twarz od razu. Zimny, mokry i zdecydowanie nieprzyjemny. Kuba zmrużył oczy i ruszył wzdłuż pokładu, trzymając się lin, które były rozciągnięte właśnie po to, żeby podczas sztormu można było się czegoś złapać.
Przy wielkim kole sterowym — takim drewnianym kole z uchwytami dookoła, którym steruje się statkiem, trochę jak kierownicą w samochodzie, tylko znacznie większym i znacznie bardziej mokrym — stał Mrówkojad Alfred.
Stał spokojnie. Nieporuszony. Deszcz kapał mu z nosa. Wiatr targał jego długim ogonem. Alfred utrzymywał kurs.
— Alfred! — krzyknął Kuba ponad wiatrem. — Wszystko w porządku?
— Tak, kapitanie — odpowiedział Alfred swoim spokojnym, nieco powolnym głosem. — Noc była ciężka. Ale nie było niespodzianek. Kurs utrzymany.
— Dobra robota — powiedział Kuba i poklepał go po ramieniu. — Za godzinę zmienię cię przy sterze.
Alfred kiwnął głową i ani drgnął. Taki właśnie był Alfred — spokojny jak jezioro w bezwietrzny dzień, nawet gdy dookoła był sztorm.
Kuba spojrzał w górę.
Wysoko, na szczycie głównego masztu, był kosz z desek — marynarze nazywają go bocianim gniazdem, bo trochę wygląda jak wielkie gniazdo, tylko zamiast bociana siedzi w nim marynarz i patrzy przez lunetę na morze. To najwyższe miejsce na statku, skąd widać najdalej — brzeg, inne statki, rafę koralową, wszystko.
W bocianim gnieździe siedziała Papuga Ala.
A właściwie — prawie leżała, przykryta skrzydłem jak kołderką.
— Ala! — ryknął Kuba.
— Mhm odpowiedziała Ala.
— Ala, czy widać brzeg albo inne statki?
Ala wyprostowała się z westchnieniem tak głębokim, że słychać je było nawet przez wiatr.
— Widoczność bardzo słaba, kapitanie zawołała. — Ale chmury zaczynają się przesuwać na zachód. Za jakieś pół godziny powinno się przejaśniać.
— Dobrze. Obserwuj dalej. Za chwilę zmieni cię Ruda Panda.
Na dźwięk swojego imienia spod pokładu wychylił się rudoczerwony pyszczek z czarnymi łatkami wokół oczu. Ruda Panda — nowa przyjaciółka drużyny, która dołączyła do tej wyprawy zaledwie kilka tygodni temu. Miała niezwykły talent: potrafiła wyczuć pod ziemią metalowe okucia skrzyń i pudeł, bo jej nos — choć nie tak długi jak nos Alfreda — był wrażliwy na zapach rdzy i metalu. Poza tym uwielbiała kopać, co na poszukiwaniach skarbów okazywało się nieocenione.
— Gotowa, kapitanie — powiedziała i zamerdała puszystym ogonem.
— Za kwadrans wchodź na maszt — powiedział Kuba. — I przynieś Ali coś ciepłego do dzioba.
— Tak jest, kapitanie! – potwierdziła panda.
Rozdział 3. Mostek kapitański
Kuba ruszył w stronę mostka.
Mostek to takie specjalne miejsce na statku — trochę jak mózg całej wyprawy. Jest tam stół z mapami, kompas, przyrządy do mierzenia, notes z zapiskami i zazwyczaj ktoś bardzo skupiony, kto patrzy na wszystkie te rzeczy jednocześnie. Na ich statku tym kimś była Mysz Patrycja.
A właściwie w tym momencie były tam dwie osoby. Nad mapą, tuż obok Patrycji, pochylała się Czarna Pantera Agata — kuzynka Kuby. Agata dołączyła do misji, ponieważ podobnie jak reszta załogi uważała, że księga eliksirów za żadne skarby nie może wpaść w niepowołane ręce. Jej lata młodości, spędzone na morzu z wujem, sprawiły, że była doskonała w nawigacji. Przyszła na mostek tuż przed Kubą, aby zmienić zmęczoną Patrycję po nocnej warcie.
Patrycja siedziała przy wielkim stole, na którym rozłożona była mapa.Stara, z pożółkłymi brzegami i brązowymi plamami po kawie.
Poprzedniego właściciela. Nie Patrycji. Patrycja nigdy nie trzymała kawy przy mapach.
Przez lupę ślęczała nad małym zaznaczeniem na środku oceanu. Agata obok niej przesuwała pazurem po liniach współrzędnych.
— Jak kurs? — zapytał Kuba, wchodząc i strzepując deszcz z płaszcza. — Przyszedłem trochę wcześniej. Planuję zaraz zmienić Alfreda przy sterze.
— Kurs poprawny — odpowiedziała Agata swoim głębokim, spokojnym głosem, odrywając na moment wzrok od mapy. — Jesteśmy tutaj. — Stuknęła pazurem w punkt na mapie. — Wyspa Dzikich Świń jest tutaj. — Kolejne stuknięcie, kawałek dalej. — Przy dobrym wietrze dotrzemy przed zachodem słońca.
Kuba pochylił się nad mapą. Wyspa Dzikich Świń. Mała, z nierównym brzegiem, z zaznaczonymi skałami i jednym dużym wzgórzem w środku.
— Opowiedzcie mi jeszcze raz o skarbie — powiedział.
Patrycja odłożyła lupę i spojrzała na niego.
— Podczas przeglądania starych ksiąg w bibliotece portowej — zaczęła — znalazłam wzmiankę. W bardzo starej księdze, zapisanej drobnym pismem, był rozdział o wyspie Dzikich Świń. I zdanie, które mnie zatrzymało: „Tu spoczywa księga formuł, której nie wolno otworzyć niepowołanym.”
— Formuł — powtórzył Kuba.
— Przepisów na eliksiry — powiedziała Patrycja. — Tajnych, bardzo silnych eliksirów. — Zniżyła głos.
— Pamiętacie eliksir z jeziora, który powodował, że kto napił się wody, zakochiwał się w pierwszej napotkanej osobie?
Kuba wzdrygnął się. Pamiętał.
— Albo ten z krainy świstaków — kontynuowała Patrycja — po którym wszystkim różowiły się łapy?
— Jeśli ta księga zawiera przepisy na dziesiątki takich eliksirów — powiedziała Patrycja bardzo poważnie — i wpadnie w niepowołane ręce… skutki mogą być naprawdę nieprzewidywalne. Wyobraź sobie, że ktoś wleje eliksir do rzeki. Albo rozpyli w deszczu.
Cisza. Tylko wiatr i fale.
— Szakal Szymon wie o księdze — dodała cicho.
Kuba zacisnął zęby.
— Dlatego wyruszyliśmy — powiedział.
— Dlatego wyruszyliśmy — potwierdziła Patrycja. — A teraz zostawiam mostek w doskonałych łapach Agaty i idę się zdrzemnąć dwie godziny, bo stałam tu całą noc. Wstąpię tylko do Zofii – ma dyżur w kuchni.
Zofia — żyrafa, która na statku musiała poruszać się w nieustannym półskłonie, bo maszty były dla niej za niskie — pełniła dyżur w kuchni. Pod jej spokojnym okiem borsuki gotowały poranną owsiankę. Trzy borsuki, jeden garnek, cztery różne zdania na temat tego, ile rodzynek powinni dodać do owsianki. Zofia łagodziła spory z niezmąconym spokojem.
— Spokojnie, zostawcie dodatki mnie — słyszał Kuba przez ścianę, odchodząc z mostka.
Rozdział 4. Nowe wyzwania
Kuba stanął przy sterze obok Alfreda. Wziął koło w obie łapy.
— Idź odpocząć, Alfred — powiedział. — Dobra robota.
Alfred kiwnął głową, ale zanim odszedł, zatrzymał się:
— Kubo. Coś czuję w powietrzu. Coś… innego. Mam fiolkę gotową — powiedział i odszedł.
Kuba patrzył na morze.
Niebo zaczynało jaśnieć na wschodzie. Chmury faktycznie się rozstępowały. Wiatr słabł. Po wielogodzinnym sztormie morze powoli się uspokajało, choć wciąż było wzburzone i szare.
Kuba myślał o księdze eliksirów. O Szakalu Szymonie. O Wyspie Dzikich Świń.
— Okręt na lewej burcie! rozległ się nagle przeraźliwy krzyk z góry.
Kuba wyprostował się błyskawicznie.
— Wszyscy na mostek! — ryknął.
W ciągu minuty zebrali się wszyscy. Patrycja z notatnikiem (nawet nie zdążyła się położyć), Alfred z fiolką przy nosie, Zofia zginając szyję w drzwiach, Ruda Panda, która zeskoczyła z masztu jednym płynnym ruchem… i oczywiście Agata, która już tam była, uważnie obserwując horyzont.
Kuba przyłożył do oka lunetę — długą, mosiężną rurkę, przez którą odległe rzeczy wyglądają jakby były bardzo blisko.
I zobaczył statek.
Duży. Trójmasztowy. Z nabrzmiałymi żaglami. Płynął równolegle do nich, jakieś pół mili na lewo.
— Nie ma bandery — powiedział Kuba.
— Bandera to flaga — wyjaśniła od razu Patrycja, patrząc przez swoją mniejszą lunetę. — Każdy statek ma flagę pokazującą, skąd pochodzi albo do kogo należy. Ten statek nie ma żadnej flagi. To podejrzane.
— Wygląda staro — mruknęła Zofia. — Bardzo staro. Te kształty żagli, ta budowa kadłuba…
— Jak z rysunków — powiedział Alfred powoli. — Z tych ksiąg o dawnych wyprawach morskich.
— Santa María — powiedziała Patrycja nagle.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— W księgach jest opisany statek Santa María — wyjaśniła Patrycja. — Płynął na nim Krzysztof Kolumb. Europejczycy mówili, że odkrył Amerykę — ale na tych ziemiach od tysięcy lat żyli już ludzie. To był po prostu ich dom.
— Trochę jakby ktoś przyszedł do naszej dżungli i powiedział Odkryłem tę dżunglę! mruknęła Ala z góry.
— Dokładnie — powiedziała Patrycja.
Kuba kiwnął głową. Potem znowu spojrzał przez lunetę.
— Nieważne do kogo należy — powiedział. — Ten statek nie ma bandery, płynie naszym kursem i zmierza w stronę wyspy. — Opuścił lunetę. — Podnieść piracką flagę.
Alfred zmrużył oko.
— Piracką?
— Czaszka i piszczele — powiedział Kuba twardo. — Jak inne statki widzą tę flagę, wolą nie zaczepiać. To stary morski zwyczaj — flaga strachu. — Spojrzał na załogę. — Szykować działa. I przygotować się do abordażu.
— Co to abordaż? — szepnęła Ruda Panda do Alfreda.
— To gdy jeden statek podpływa bardzo blisko do drugiego — wyjaśnił Alfred spokojnie — marynarze przerzucają na tamten pokład żelazne haki na linach, przyciągają statki do siebie i przeskakują. Żeby porozmawiać. Albo żeby nie dać komuś uciec.
— Aha — powiedziała Ruda Panda. — Jak skakanie przez płot, tylko na morzu.
— I z większym ryzykiem zamoczenia — dodał Alfred.
Kuba przyłożył lunetę do oka.
Obok niego stanęła Agata. Wyciągnęła własną, marynarską lunetę i zmrużyła zielone oczy.
— On płynie dziwnie wysoko — zauważyła cicho.
— Co masz na myśli? — zapytał Kuba, nie odrywając wzroku od tajemniczego kadłuba.
— Popatrz na linię zanurzenia — wyjaśniła Agata, wskazując na miejsce, gdzie kadłub stykał się z wodą. — To ta kreska, która pokazuje, jak bardzo statek jest obciążony. Ten okręt ledwo dotyka wody. Jest prawie pusty.
— Dlaczego to ważne? — dopytywał Kuba.
— Bo puste statki zazwyczaj czegoś szukają — odpowiedziała ponuro Agata. — Skarbu albo łupów, żeby zapełnić swoje ładownie. To łowca, Kubo.
Rozdział 5. Pobudka
Tamten statek nie zwalniał. Nie skręcał. Płynął dalej swoim kursem.
A potem — powoli, bardzo powoli — na jego maszcie pojawiła się flaga.
Czarna. Z białą czaszką.
Dokładnie taka sama jak ich.
To nie jest dobry znak — pomyślał Kuba.
I właśnie wtedy poczuł szarpnięcie za ramię.
Zignorował je. Tamten statek był ważniejszy.
Drugie szarpnięcie. Mocniejsze.
— Alfred — odezwał się Kuba, nie odrywając oka od lunety — dlaczego nie jesteś przy—
— Kubo.
To był głos Patrycji. Ale nie tej z mostku. Inny. Bliższy. Jakby z innego miejsca zupełnie.
— Kubo, wstawaj. Śniadanie.
— Kubo. — I głos Alfreda. — Ciasteczka mrówkowe wystygną.
Kuba otworzył oczy.
Hamak kołysał się lekko. Pod nim szumiało jezioro. Nad nim — palmy i błękitne niebo. Słońce świeciło ciepło. Gdzieś w tle skrzeczała Ala, że jej ziarna są za mało kolorowe.
Kuba siedział przez chwilę bez ruchu.
— Ale miałem sen — powiedział w końcu.
Patrycja stała obok z kubkiem lemoniady. Alfred trzymał talerz z ciasteczkami.
— Opowiesz nam? — zapytała Patrycja.
Kuba spojrzał na jezioro. Potem na dżunglę. Potem na swoje łapy — zwykłe, nie różowe.
— Chyba tak — powiedział powoli. — Ale muszę sobie wszystko poukładać w głowie. Bo to nie był zwykły sen. To było coś więcej.
Patrycja uniosła brew i sięgnęła po notatnik…
