Sen
Ktoś stał w progu chatki na lodowym klifie i ubierał się bardzo starannie. Najpierw gruba kurtka, potem ciężkie buty, a na głowę wełniana czapka naciągnięta aż na uszy. Na końcu ogrzewacz na długi nos, żeby ten nie zamarzł. Na ramię zarzucił torbę do zbierania śladów zapachowych.
– Ta misja jest trudna – pomyślał. – Ale praca detektywa nie zawsze toczy się w ciepłej dżungli.
Chwycił za klamkę. Drzwi nie chciały się otworzyć. Szarpnęły raz, drugi, a potem zaczęły szarpać jego! Gruby kożuch zsunął mu się z ramion i zaplątał w łapy. Poprawił go. Kożuch zsunął się jeszcze bardziej.
Nagle drzwi uchyliły się z hukiem, a w twarz uderzył zimny, kłujący śnieg.
I wtedy Alfred otworzył jedno oko.
Nad nim kręcił się kolorowy wiatraczek, a za wiatraczkiem kołysała się długa szyja.
– Alfred, wstawaj! – zawołała Zofia, dmuchając mu prosto w twarz. – Mamy nietypową misję! Po ostatnim śledztwie w miasteczku chyba byłeś wyczerpany, bo spałeś całą noc i pół dnia!
Alfred ziewnął tak szeroko, że prawie połknął wiatraczek. Potem popatrzył na Zofię, na wiatraczek, na swój nos bez ogrzewacza i zdziwił się, że wokół wcale nie ma śniegu.
– Miałem taki miły sen – mruknął. – Ale na pewno wkrótce powróci.
Zgłoszenie
– Zgłosiły się zwierzęta z dżungli przy wzgórzach – oznajmiła Patrycja. – Od kilku nocy ścieżki tam świecą.
Na tarasie przed domkiem detektywi pakowali plecaki. Patrycja sprawdzała dziennik, Ala czyściła pióra na balustradzie, a Kuba wciskał do torby lornetkę, latarkę i dwie kanapki, bo nigdy nie wiadomo.
– Świecą? – zdziwił się Kuba. – Jak latarnie?
– Cała ścieżka świeci, jakby ktoś rozłożył na niej wielki świetlny dywan. Czasem niebieski i fioletowy, wtedy wygląda smutno. Czasem czerwony i groźny. A czasem zielony i żółty, bardzo wesoły. Niektórzy widzieli nawet kwiaty. Ale gdy zawołali innych, kwiaty znikały.
– Zaraz, zaraz – podniósł łapę Kuba. – A nie mogli zrobić zdjęcia telefonem?
(Ola, poza bajką:) Kubo, w Krainie Zwierząt nie ma telefonów ani ekranów. Małe zwierzątka, tak jak dzieci, nie powinny z nich korzystać. Aparat fotograficzny miał tylko pan borsuk, ale kiedy chciał zrobić zdjęcie, kwiaty już zniknęły.
– Ktoś nas podsłuchuje – szepnął Kuba i rozejrzał się podejrzliwie.
– To tylko wiatr – uspokoiła go Zofia. – Ruszajmy, zanim zrobi się ciemno!
– Dobrze – kiwnęła głową Patrycja i zapięła plecak. – Mamy dziennik, lupę i czujniki.
Ślady
Rowerki terenowe skakały po korzeniach, a detektywi pędzili między wzgórzami. Zofia jechała na końcu i musiała co chwilę schylać szyję pod gałęziami. Kuba po drodze zjadł jedną kanapkę, potem drugą, a potem zorientował się, że jedna z nich była dla Zofii. Zofia udawała, że wcale nie jest głodna, a jej brzuch odpowiadał głośnym burczeniem.
Na miejscu panowała cisza. Za cicha, jak na dżunglę.
Alfred zsiadł z roweru, pochylił nos nad ziemią i długo nic nie mówił.
– Czujesz coś? – zapytała Patrycja.
– Coś dziwnego – odpowiedział. – Ten zapach nie pasuje do dżungli. Jest suchy, trochę jak kurz, trochę jak poranna mgła. I jeszcze coś. Coś, co już kiedyś czułem. Ale nie umiem sobie przypomnieć gdzie.
Patrycja przyklękła i zbadała ścieżkę.
– Odciski łap zwierząt z okolicy. Nic obcego. Żadnych śladów kół. Żadnych kabli.
– A więc to nie lampa – podsumował Kuba. – To iluzja! Pamiętacie Las Iluzji? Ktoś znowu ustawił lustra!
– Zaraz to sprawdzimy – powiedziała Patrycja i wyjęła z plecaka trzy małe czujniki.
Pierwszy, czujnik odbić, ustawiła przy samej ścieżce. Reaguje na lustra i szkło i piszczy, gdy ktoś odbija światło. Drugi, czujnik ciepła, zawiesiła na krzaku. Wykryłby ukryte lampy albo kogoś, kto się chowa. Trzeci, czujnik drgań, wbiła w ziemię. Zareagowałby na każdą maszynę pod ścieżką.
Przez długą chwilę wszyscy wpatrywali się w trzy małe lampki. Żadna się nie zapaliła.
– Na razie nic – powiedziała Patrycja. – Ani luster, ani ukrytych lamp, ani maszyn.
– To bardzo podejrzane – mruknął Kuba. – Im mniej dowodów, tym groźniejszy sprawca.
Zasadzka
Słońce chyliło się ku zachodowi. Detektywi nadal siedzieli przy ścieżce i czekali na zmrok, gdy zza drzew wyszli pan borsuk z aparatem fotograficznym na szyi i jeż Józef z babcią.
– Widziałem kwiaty! – opowiadał borsuk z przejęciem. – Wielkie, niebieskie! Zanim zdążyłem wycelować, zniknęły. Mam za to zdjęcie własnego palca, bo przypadkiem zakryłem obiektyw.
Pokazał zdjęcie. Rzeczywiście, było to bardzo wyraźne zdjęcie palca.
– Świetna robota – pochwalił Kuba z poważną miną.
– A ja wczoraj szedłem tędy z babcią – dodał Józef. – Babcia mnie przytuliła i ścieżka zrobiła się różowa. A potem się potknąłem i zrobiła się niebieska. Jakby wiedziała, co czuję!
Patrycja zapisała w dzienniku: „Ścieżka wie”. Potem skreśliła i napisała: „Ścieżka reaguje”.
Gdy zwierzęta rozeszły się do domów, detektywi schowali się w krzakach. Kuba trzymał lornetkę, chociaż ścieżka była tuż przed nimi, a przez gęstwinę i tak nie można było spojrzeć dalej niż kilkanaście metrów.
Gdy zrobiło się całkiem ciemno, ścieżka zalśniła. Najpierw na niebiesko. Potem pojawiły się falujące wzory, zielone listki, a nawet drobne białe kwiatki.
– Kwiaty! – szepnęła Ala.
Jeden z czujników piknął głośno.
– Lustro! – krzyknął Kuba.
Okazało się, że to lusterko Ali, które wypadło jej z plecaka. Ala wzbiła się nad ścieżkę i sprawdziła, czy gdzieś nie błyszczy inne szkło. Nic. Żadnych luster. Żadnych lamp. A światło trwało.
– Dziwne – mruknął Kuba i wstał, żeby zajrzeć pod ścieżkę. W tej samej chwili kolor pod jego łapami zmienił się na fioletowy.
– Kubo – szepnęła Patrycja – boisz się?
– Ja? Ja się nigdy nie boję! – oburzył się lew.
Ścieżka zrobiła się jeszcze bardziej fioletowa.
– Każdy się czasem boi, Kubo – powiedziała Patrycja łagodnie. – Strach to nic złego. Dzięki niemu jesteśmy ostrożni i uważamy na siebie.
Kuba przełknął ślinę.
– No dobrze – mruknął. – Może troszeczkę.
Fiolet pod jego łapami zrobił się trochę jaśniejszy.
Wtem w krzakach coś zaszurało. Wyszedł z nich orangutan Oskar w mące do łokci, z fartuchem zawiązanym byle jak.
– Dobry wieczór – burknął. – Prowadzę tu piekarnię, a od kilku dni mam mniej klientów. Bułki stygną, chleb czerstwieje, bo wszyscy omijają tę drogę. Czy mógłby ktoś to w końcu wyłączyć?
Ścieżka pod jego stopami zrobiła się czerwonawa.
– Rozumiemy, że jesteś zirytowany – powiedziała spokojnie Patrycja.
Oskar westchnął i opuścił ramiona.
– Ja po prostu lubię, kiedy ktoś przychodzi po świeże bułki – wyznał cicho. – Brakuje mi moich gości.
I ścieżka zrobiła się niebieska.
Po chwili nadeszła kangurzyca z małym kangurzątkiem w torbie. Kangurzątko spało, a ona szeptała mu coś do ucha. Ścieżka zalśniła różowo, tak delikatnie, jakby ktoś ją pogłaskał.
– Patrycjo – powiedział Alfred powoli. – Zauważyłaś?
– Zauważyłam – odpowiedziała mysz, zapisując coś w dzienniku. – Prosimy wszystkich, żeby przez dwa dni nie zbliżać się do ścieżki. Musimy to zbadać w ciszy.
Wniosek
Przez dwa dni detektywi tylko patrzyli i notowali. Gdy panowała cisza, ścieżka była zielona i spokojna. Gdy ktoś hałasował, robiła się czerwona. Gdy ktoś był smutny, niebieska, a gdy się bał, fioletowa. Gdy ktoś się śmiał, żółta. A gdy ktoś kogoś przytulał, różowa.
Żeby się upewnić, zrobili próbę. Kuba stanął na ścieżce i ryknął z całych sił. Ścieżka zrobiła się czerwona i trochę się zatrzęsła. Zofia zaśpiewała koszmarną piosenkę o ogórkach, a Ala śmiała się tak głośno, że spadła z gałęzi. Ścieżka zrobiła się żółta. A kiedy Alfred zanucił cichą kołysankę, zrobiła się zielona jak mech.
– Czerwony to złość – wyliczała Patrycja. – Niebieski to smutek, fioletowy strach, żółty radość, zielony spokój, a różowy czułość. – To chyba nie hałas ani cisza zmieniają kolory. Ścieżka reaguje na to, co czują zwierzęta!
– Dziwne – dodała. – Nigdy nie słyszałam, że w naszej krainie jest takie miejsce.
– To wpiszmy je na mapę i po sprawie! – ucieszył się Kuba.
– Nie – pokręcił głową Alfred. – Skoro ścieżka czuje emocje, to ktoś albo coś musi to robić. Trzeba wyjaśnić do końca.
– Poza tym – dodała Zofia – kwiaty pojawiały się, kiedy było cicho. A znikały, kiedy ktoś przychodził.
– Czyli ten ktoś jest nieśmiały – wywnioskowała Patrycja.
– I potrafi czuć cudze emocje – dodała Ala. – A to potrafi tylko ktoś bardzo uważny.
– Albo bardzo mały – zakończył Alfred. – Poczekajmy, aż się pokaże.
Fermiuś
Trzeciego wieczoru Ala wróciła z lotu nad dżunglą.
– Mam trop! – zawołała. – Światło nie zaczyna się na ziemi. Zaczyna się wysoko, nad koronami drzew! A na gałęzi znalazłam to.
Na jej skrzydle lśnił drobny pyłek, jak okruch tęczy.
– Żaden zwykły pyłek – stwierdziła Patrycja, oglądając go przez lupę. – I pachnie tak samo jak ślad, który wyczuł Alfred.
– Czyli sprawca siedzi na drzewie – dodał Kuba. – Powinienem był się domyślić.
Detektywi siedzieli bez ruchu. Cisza trwała długo. Ścieżka była zielona jak łąka. I wtedy po gałęziach zsunął się niewielki stworek, okrągły jak jabłko, z wielkimi ciekawskimi oczami i futerkiem migoczącym jak mgła o świcie.
– Cześć – powiedział cieniutko. – Jestem Fermiuś.
– To ty powodujesz, że ścieżka świeci? – zapytała Patrycja.
– Kolory to mój język – wyjaśnił. – U mnie w krainie nikt nie mówi słowami. Mówimy kolorami i kształtami. Chciałem z wami porozmawiać, ale nie znałem waszych słów. Więc siedziałem na drzewie, obserwowałem i szybko nauczyłem się podstaw waszego języka. Nadal jednak nie wszystko rozumiem.
– A ścieżka? – zapytała Patrycja. – Przecież świeciła na ziemi.
– Siedziałem wysoko na gałęzi i rzucałem światło w dół – odpowiedział Fermiuś. – Jak magiczny projektor. Pokazywałem na ścieżce kolory, które czułem u was.
– Czyli to ty zrobiłeś mnie fioletowym? – zapytał Kuba.
– Ja tylko pokazałem, co czułeś – powiedział Fermiuś. – Przepraszam, jeśli to było niemiłe.
– Nie szkodzi – westchnął lew. – Bałem się troszeczkę. Ale to nic złego.
– A kwiaty? – zapytała Ala.
– Pokazywałem je, gdy było spokojnie. A kiedy ktoś przychodził, chowałem się. Jestem trochę nieśmiały.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytał Alfred.
Fermiuś opowiedział, że pochodzi z krainy Fermiusiów, ale od dawna mieszka w świecie ludzi. Towarzyszył pewnej dziewczynce w spacerach i podróżował w jej koszyczku. Pewnego dnia dziewczynka wspięła się na niskie drzewo, a koszyczek zostawiła pod nim.
– Nagle ktoś szarpnął koszyczkiem – powiedział. – Zobaczyłem tylko puszysty ogon. Ktoś chwycił mnie za futerko, uniósł i wrzucił do dziupli w starym drzewie. Nie wiem, czy zrobił to przypadkiem, czy naprawdę chciał mnie tam wrzucić. A ta dziupla okazała się portalem do waszej krainy.
Alfred zamarł.
– Puszysty ogon – szepnął. – Suchy zapach kurzu i mgły. Teraz wiem, skąd go znam! To ten sam zapach, który został na szaliku w garażu!
– Szymon? – wyszeptała Patrycja.
Powrót
Wszyscy poszli do wielkiego pnia, w którym Fermiuś wylądował w dżungli. Detektywi od razu go rozpoznali.
– To portal – powiedziała Patrycja. – Ten sam, który prowadzi do parku w świecie ludzi. Tam, gdzie kiedyś szukałam magicznego liścia klonu.
– Wiemy, jak to działa – dodał Alfred. – Wiemy też, jak wrócić. Pamiętamy tę podróż.
Kuba zdjął lornetkę i zwrócił się do Fermiusia:
– Fermiusiu, możesz wrócić do krainy Fermiusiów albo do krainy ludzi. Którą wybierasz?
Fermiuś zamyślił się, a jego futerko zalśniło na żółto.
– Do ludzi – odpowiedział. – Tam dużo się uczę. I pomagam dzieciom rozumieć emocje. Kiedy ktoś jest smutny albo się boi, pokazuję kolor, który to nazywa. Dzieci wtedy uczą się rozpoznawać co czują.
– Dziękuję – dodał. – Nauczyliście mnie nowych słów.
Po drugiej stronie portalu, w parku, czekała dziewczynka z pustym koszyczkiem. Gdy zobaczyła Fermiusia, krzyknęła z radości i przytuliła go tak mocno, że cały park rozbłysnął różowo.
Detektywi wracali do domku przez cichą dżunglę. Kuba westchnął.
– Zagadka rozwiązana. Ale nie wiem, kto wrzucił Fermiusia do dziupli.
Alfred zatrzymał się na ścieżce.
– Ja chyba wiem – powiedział cicho. – Fermiuś widział puszysty ogon. A ten zapach z garażu towarzyszy mi od początku śledztwa. To Szymon. Musi być teraz w krainie ludzi i coś tam planuje.
– Zobaczymy, co przyniesie przyszłość – dodał. – A teraz marzę tylko o jednym. Żeby mój wspaniały sen wrócił.
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.
