Samolot z Detektywami wylądował w Bilbao późnym popołudniem. Gdy Kuba, Patrycja, Alfred i Zofia wyszli z terminalu, od razu poczuli, że trafili w niezwykłe miejsce.
— To Kraj Basków — wytłumaczyła Patrycja, studiując przewodnik. — Po baskijsku nazywa się Euskal Herria. To wyjątkowy region na północy Hiszpanii i południowej Francji.
— A co w nim takiego wyjątkowego? — zapytał Kuba, poprawiając kapelusz.
— Baskowie mają własny język, który nazywa się euskera — powiedziała Zofia. — To bardzo stary język, który nie jest spokrewniony z żadnym innym językiem na świecie! Nikt do końca nie wie, skąd się wziął.
— Patrzcie! — zawołał Alfred, wskazując na tabliczkę lotniska. — Napisy są w dwóch językach. Po hiszpańsku i po baskijsku. Baskijski ma dziwne litery — dużo „x”, „k” i „z”.
— To dlatego, że euskera brzmi zupełnie inaczej niż hiszpański — dodała Patrycja. — Baskowie są bardzo dumni ze swojego języka i kultury. Dla nich język to skarb, który chronią od tysięcy lat.
Kuba skinął głową z szacunkiem.
— Rozumiem ich. Każdy naród ma prawo chronić to, co dla niego ważne.
Detektywi wyjęli Magiczny Złoty Kamień z sakiewki. Natychmiast zaczął się obracać, wskazując wyraźnie kierunek na południe, w stronę centrum Bilbao.
— Prowadzi nas gdzieś konkretnie — zauważyła Zofia.
— Zakładam, że kompas musi być w najsłynniejszym miejscu w mieście — powiedział Kuba. — Mikołaj zawsze chowa swoje rzeczy w miejscach, które mają znaczenie.
Wynajęli niewielkie auto i ruszyli za wskazaniem kamienia. Po kilkunastu minutach jazdy dotarli nad brzeg rzeki Nervión. I tam, po prawej stronie, zobaczyli coś niezwykłego.
— Wow — szepnęła Zofia. — To wygląda jak… statek kosmiczny!
Przed nimi stał ogromny, lśniący budynek pokryty srebrno-tytanowymi płytami, które błyszczały w słońcu jak łuski ryby. Budynek miał faliste, zakrzywione kształty i wyglądał, jakby był w ciągłym ruchu.
— To Muzeum Guggenheima — odczytała Patrycja. — Jedno z najsłynniejszych muzeów sztuki współczesnej na świecie. Został zaprojektowany przez słynnego architekta i otwarto go w 1997 roku. Zmieniło całe miasto.
Zatrzymali auto na pobliskim parkingu. Gdy wysiedli, ich oczom ukazały się dwie niezwykłe rzeźby.
Przed wejściem do muzeum stał gigantyczny… pies.
— To pies? — zapytał zdziwiony Kuba.
— To rzeźba o nazwie „Puppy” — wyjaśniła Patrycja. — Jest zrobiona z żywych kwiatów! Ma ponad dwanaście metrów wysokości. Trzeba go regularnie podlewać i wymieniać kwiaty, żeby wyglądał tak pięknie.
Pies z kwiatów był niezwykły — jego sierść tworzyły tysiące kolorowych begonii, petunii i innych roślin, które układały się jak żywy, pachnący dywan.
Ale to nie był koniec niespodzianek. Po drugiej stronie wejścia, tuż przed szklanymi drzwiami muzeum, stał ogromny metalowy pająk.
— Ale wielki pająk! — zawołał Alfred, patrząc w górę. — Dobrze, że nie jest prawdziwy i że to nie mrówka!
Rzeźba miała prawie dziesięć metrów wysokości. Jej osiem cienkich, długich nóg było wygiętych pod dziwnym kątem, jakby pająk zaraz miał ruszyć. Pod jego brzuchem wisiały białe marmurowe jaja.
— Ta rzeźba nazywa się „Maman”, co po francusku znaczy „Mamusia” — przeczytała Zofia. — Artystka stworzyła ją na cześć swojej mamy, która była tkaczką. Pająk symbolizuje siłę, cierpliwość i opiekuńczość matki.
Detektywi stanęli dokładnie pomiędzy psem a pająkiem. Patrycja wyjęła Magiczny Złoty Kamień.
— Teraz powinien wskazać dokładnie, gdzie jest kompas — powiedziała.
Ale ku ich zdziwieniu, kamień zaczął się obracać… i wskazał wyraźnie na wschód, w bok od muzeum.
— Co? — zawołał Kuba. — Nie rozumiem. Przecież to tutaj jest najsłynniejsze miejsce!
— Może kompas nie jest w muzeum — zastanowiła się Patrycja, marszcząc czoło. — A może… być może ktoś zakłócił działanie kamienia, korzystając z wielkiej metalowej konstrukcji muzeum, która zadziałała jak gigantyczny magnes? W końcu pod tym tytanową elewacją jest mnóstwo stali.
Alfred pokiwał głową.
— Wszystko jest możliwe. Ale mimo to kamień prowadzi nas dalej. Ufajmy magii. Ona wie lepiej.
Wsiedli z powrotem do auta i ruszyli na wschód, podążając za kierunkiem wskazywanym przez kamień. Droga wiła się wzdłuż wybrzeża — z lewej strony lśniło morze, z prawej strony wznosiły się zielone wzgórza.
Po godzinie jazdy dotarli do miasta San Sebastian. Zatrzymali auto przy głównej ulicy i wysiedli.
— Patrzcie! — zawołała Zofia, wskazując na zatokę.
Przed nimi rozciągała się jedna z najpiękniejszych plaż, jakie kiedykolwiek widzieli. Miała kształt idealnej muszli — zakrzywiona zatoka ze złotym piaskiem, otoczona z dwóch stron górami, a w samym środku mała wysepka.
— To plaża La Concha — powiedziała Patrycja. — „Concha” po hiszpańsku znaczy „muszla” albo „muszelka”. Nazywa się tak, bo zatoka ma dokładnie kształt muszli.
— Przepiękne — szepnęła Zofia.
Kuba spojrzał na przewodnik.
— Tutaj spędza wakacje hiszpańska rodzina królewska — przeczytał. — To jedno z najsłynniejszych miejsc w całej Hiszpanii. Są tu też dwa wzgórza: Monte Urgull i Monte Igueldo, stary kamienny most i… — oblizał się — najlepsze restauracje w Kraju Basków! steki baskijskie są słynne na całym świecie.
— Kubo, teraz nie czas na jedzenie — upomniała go Patrycja.
Wyjęła kamień. Tym razem wskazywał on na południe, w głąb miasta.
— Co tam może być? — zastanawiał się Alfred. — Restauracje? Wzgórza? Most?
— Nie wiem — odparła Patrycja. — Ale musimy podążyć za kamieniem.
Ruszyli wąskimi uliczkami starego miasta, mijając kolorowe fasady domów, małe sklepy i tłumy turystów. Kamień prowadził ich coraz dalej od centrum, aż wreszcie dotarli na obrzeża San Sebastian.
Przed nimi stał nowoczesny, szklany budynek z wielkimi literami: „Kutxa Museoa – Museo de la Ciencia”.
— Muzeum nauki — przeczytała Zofia.
— Kamień prowadzi dokładnie tam — potwierdziła Patrycja, patrząc na wibrujący dysk w dłoni.
Weszli do środka. W głównej sali, tuż pod wysokim sufitem, wisiało coś niezwykłego: ogromne, ciężkie wahadło, które wolno kołysało się tam i z powrotem.
— To wahadło Foucaulta! — zawołała Patrycja z przejęciem. — Wynalazca Leon Foucault stworzył je, żeby udowodnić, że Ziemia się obraca. Wahadło wisi na bardzo długim drucie i kiedy się kołysze, Ziemia pod nim się obraca, więc wydaje się, że zmienia kierunek. Ale to my się obracamy, nie wahadło!
— Czyli to wahadło odmierza czas obrotu Ziemi? — zapytała Zofia.
— Dokładnie — potwierdziła Patrycja. — To wahadło pokazuje, jak czas i ruch są ze sobą związane.
— nie zdziwię się, jeśli Mikołaj właśnie tu ukrył kompas – powiedział Kuba.
Kamień w dłoni Patrycji zaczął wibrować jeszcze mocniej. Wskazywał wyraźnie… w dół, pod podstawę wahadła.
Alfred podszedł ostrożnie i zajrzał pod metalową platformę, na której stała instalacja. Tam, w ukryciu, w małej stalowej skrzynce, leżał…
— Kompas — szepnął.
Wyciągnął go ostrożnie. Był to zwykły, zielony kompas turystyczny. Nic specjalnego — żadnych zdobień, żadnego blasku.
— To… to taki zwykły kompas — powiedział zdziwiony Kuba.
Patrycja przyłożyła do niego Magiczny Złoty Kamień. Natychmiast kamień zaczął wirować z ogromną prędkością.
— To on! — zawołała. — To kompas Mikołaja!
Nagle z cienia za wielkim eksponatem wyskoczył Szakal Szymon! Musiał ich śledzić cały czas. Rzucił się szybkim skokiem w stronę Alfreda, próbując wyrwać kompas z jego łap!
— Oddaj! — warknął Szakal, szarpiąc za kompas.
Udało mu się! Kompas prawie wypadł z łap Alfreda, ale mądry mrówkojad przytrzymał mocno za sznurek, którym kompas był przymocowany do skrzynki.
— Ani się waż! — ryknął Kuba i sprytnym, lwim ruchem podstawił Szakalowi nogę.
Szakal, ciągnąc kompas, stracił równowagę, zamachał rękami jak wiatrak, zakręcił się w kółko i… BUM! Upadł na podłogę z wielkim hukiem, przewracając po drodze stojak z ulotkami, który z trzaskiem rozsypał się na wszystkie strony.
— Auć! — krzyknął Szakal, leżąc na brzuchu pośród ulotek.
Kuba już miał go pochwycić, ale Szakal okazał się sprytniejszy, niż się spodziewali. Błyskawicznie zrzucił swoją czerwoną kamizelkę, wyślizgnął się spod niej i rzucił do biegu w stronę okna.
— Stój! — zawołał Alfred.
Ale Szakal już wyskoczył przez otwarte okno, przebiegł przez stalowy most nad wąwozem potoku i zniknął pomiędzy budynkami szpitala, który znajdował sie tuż obok muzeum.
— Uciekł! — sapnął Kuba.
— Ale mamy kompas — powiedziała spokojnie Patrycja, odbierając go z łap Alfreda i chowając bezpiecznie do plecaka. — To najważniejsze.
Wyszli z muzeum i przeszli przez stalowy most, z którego Szakal uciekał. Most wisiał nad małym wąwozem, przez który płynął wartki potok.
— Patrzcie — powiedziała Zofia, wskazując na koniec mostku. — Jaki piękny hotel!
Po drugiej stronie stał elegancki budynek z drewnianą fasadą, która wtapiała się w otoczenie zielonych wzgórz. Hotel wyglądał jak coś z bajki — przytulny, ciepły i harmonijnie wpisany w naturę.
— To Hotel Arima — przeczytała Patrycja z tabliczki. — Wygląda wspaniale.
— Kiedyś tu wrócimy — powiedział Kuba z uśmiechem. — I zatrzymamy się w tym hotelu. Jak już uratujemy święta.
Usiedli na ławce w pobliskim parku. Patrycja wyjęła kompas i jeszcze raz go obejrzała.
— Dziwne — powiedziała. — Taki zwykły kompas. Ale Złoty Kamień nie kłamie. To na pewno kompas Mikołaja.
— Może magia nie zawsze wygląda na magię — zauważyła Zofia.
Kuba westchnął.
— Teraz musimy lecieć do Laponii. Do Mikołaja. Oddać mu kompas, żeby mógł dostarczyć prezenty na czas.
Patrycja sprawdziła loty na swoim małym tablecie.
— Najbliższy lot do Rovaniemi jest jutro rano. Z przesiadką w Helsinkach. To będzie… — zawahała się — po raz ostatni, kiedy będziemy musieli udawać ludzi.
— Po raz ostatni — powtórzyła Zofia z ulgą. — W Laponii już będziemy bezpieczni. Mikołaj zadba o nas.
Alfred skinął głową.
— Ale pamiętajcie — Szakal Szymon wciąż jest gdzieś tam. Próbował ukraść kompas. Na pewno nie odpuści.
— Będziemy czujni — powiedziała stanowczo Patrycja. — Kompas jest teraz z nami i nic go nie rozdziela od Mikołaja.
Słońce zaczynało zachodzić nad zatoką La Concha. Niebo mieniło się odcieniami różu i pomarańczy, a fale delikatnie szumiały o brzeg.
— Jeszcze dwa tygodnie do świąt — szepnął Kuba.
— I ostatni etap podróży — dodała Zofia.
— Laponia czeka — podsumował Alfred.
Patrycja spojrzała na kompas w dłoni, a potem na swoich przyjaciół.
— Jesteśmy blisko. Bardzo blisko — powiedziała cicho. — Uda nam się. Musi się udać.
Wieczorem, w małym hoteliku na zachodnim wzniesieniu, z którego rozciągał się piękny widok na panoramę San Sebastian i zatokę La Concha, Detektywi zarezerwowali bilety na poranny lot. Kompas Mikołaja leżał bezpiecznie w plecaku Patrycji, owinięty w miękką chustę.
Do świąt pozostały tylko dwa tygodnie. Misja zbliżała się do końca.
Ale Szakal Szymon wciąż był gdzieś tam, w cieniu.
