Rozdział 1: Dzień jak każdy inny (i to jest super!)
Słońce nad dżunglą wstało powoli, zalewając korony wielkich drzew ciepłym, złotym światłem. Tego dnia w kwaterze głównej Zwierząt Detektywów panował niezwykły spokój. Nie zadzwonił żaden alarm, nikt nie zgubił naszyjnika, a żaden tajemniczy cień nie przemknął pod oknami.
Lew Kuba obudził się pierwszy, przeciągnął potężne łapy i uśmiechnął się do siebie.
– Ach, jak ja lubię takie dni – mruknął, poprawiając grzywę przed lustrem. – Dni, kiedy jedyną zagadką jest to, czy na śniadanie będą płatki owsiane, czy jajecznica.
Chwilę później na tarasie rozpoczęła się poranna gimnastyka. To był ich rytuał.
– Raz, dwa, łapy w górę! – komenderował Kuba, robiąc głębokie przysiady.
Obok niego Mysz Patrycja, w swojej małej różowej opasce frotte, robiła pajacyki z taką prędkością, że wyglądała jak mały, beżowy wiatraczek. Żyrafa Zofia, jak zwykle, miała najtrudniej. Próbowała robić okrężne ruchy szyją – najpierw wolno w lewo, potem w prawo – ale jej długa szyja co chwilę zahaczała o gałęzie pobliskiej akacji.
– Uważaj, Zofio! – zawołał Mrówkojad Alfred, który właśnie ćwiczył balansowanie na ogonie. – Prawie strąciłaś gniazdo os!
– Spokojnie, mam wszystko pod kontrolą – odparła Zofia, choć jej uszy lekko poczerwieniały.
Po ćwiczeniach wszyscy pobiegli nad jezioro. Woda była idealnie chłodna. Krokodyl, sąsiad z naprzeciwka, machnął im ogonem na powitanie, a hipopotamy robiły zawody w puszczaniu największych baniek mydlanych nosem. Kąpiel była długa, radosna i pełna chlapania. Nikt się nie spieszył. Nikt nie musiał pakować plecaków na wyprawę.
Gdy wrócili do bazy, pachniało już świeżymi tostami i herbatą z liści mięty. Usiedli przy wielkim stole. Alfred rozłożył na blacie najnowsze wydanie „Dżunglowych Nowin” – lokalnej gazety, którą dostarczał Tukan Listonosz.
– Słuchajcie tego! – Alfred wciągnął powietrze swoim długim nosem i zaczął czytać na głos. – „Już jutro wielkie wydarzenie! Na Wielkiej Polanie odbędzie się Turniej Kapuścianej Piłki o Puchar Złotej Marchewki!”.
– Ooo! – pisnęła Patrycja. – Uwielbiam tę grę! Jest taka emocjonująca!
– I skomplikowana – dodał Kuba, smarując tosta dżemem. – Pamiętacie zasady? To chyba jedyny sport na świecie, w którym piłkę można zjeść.
– Dokładnie – przytaknęła Zofia, spoglądając na gazetę z góry. – Tutaj jest napisane: „W każdej drużynie kapitanem jest Zając. Tylko Zając może nieść kapustę. Ale uwaga! Jeśli będzie trzymał kapustę dłużej niż dziesięć sekund… łakomstwo wygrywa i zając zjada piłkę, a drużyna traci punkt! Dlatego jego przyjaciele z drużyny muszą torować mu drogę i chronić przed przeciwnikami, którzy będą próbowali go zatrzymać i odebrać kapustę.”
– To wymaga żelaznej woli – pokiwał głową Alfred. – Wyobraźcie sobie bieganie z wielkim, pachnącym ciastkiem w łapie, którego nie możecie ugryźć.
– Dlatego nagroda jest taka ważna – zauważyła Patrycja. – Skrzynka Soku Marchewkowego Premium. Tylko wizja tego pysznego soku powstrzymuje Zające przed zjedzeniem kapusty w trakcie meczu.
Detektywi jeszcze długo rozmawiali o szansach drużyny „Szybkich Panter” w starciu z „Wodnymi Bobrami”, ciesząc się, że tym razem będą tylko kibicami.
Rozdział 2: Porady i kłopoty
Gdy zegar wybił dziesiątą, detektywi otworzyli biuro porad. To był czas dla mieszkańców dżungli, którzy mieli drobne problemy, niewymagające wielkich śledztw.
Jako pierwsza przyszła Zebra Zuzia. Wyglądała na zmartwioną.
– Dzień dobry, detektywi – powiedziała, przestępując z kopyta na kopyto. – Mam problem natury estetycznej. Wydaje mi się, że moje paski na lewym boku są krzywe. Wszyscy inni mają proste, a moje falują. Czy to znaczy, że jestem popsuta?
Mysz Patrycja podeszła do Zuzi z wielką lupą. Przyjrzała się uważnie, mrucząc pod nosem.
– Hmm… ciekawe. Zuziu, spójrz tutaj – Patrycja podała jej lusterko. – Twoje paski nie są krzywe. One są artystyczne! Wyglądają jak fale na rzece. Dzięki temu jesteś najbardziej unikalną zebrą w stadzie.
Zuzia spojrzała w lustro, zamrugała i uśmiechnęła się szeroko.
– Rzeczywiście! Jestem wyjątkowa! Dziękuję wam! – i wybiegła z biura, brykając wesoło.
Drugim gościem był Bongo Bruno. Trzymał w łapce pusty słoik.
Bongo to duża leśna antylopa, która mieszka w afrykańskich dżunglach i gęstych lasach. Ma rudobrązową sierść z jasnymi paskami, długie nogi i zakręcone rogi, które pomagają jej bronić się i przedzierać przez zarośla. Detektywi wiele o nim słyszeli, bo często wspominała o nim Pani Gazela, mówiąc, że bongo są bardzo ostrożne, ale też niezwykle inteligentne.
– Zgubiłem moją kolekcję echa! – zawołał. – Krzyczałem do słoika w wąwozie, szybko go zakręcałem, żeby złapać echo, ale teraz, gdy go odkręcam… cisza!
Żyrafa Zofia uśmiechnęła się łagodnie.
– Bruno, echa nie da się zamknąć w słoiku. Echo to dźwięk, który odbija się i wraca, ale musi mieć przestrzeń. Jeśli chcesz mieć echo zawsze przy sobie, musisz nauczyć się gwizdać. Wtedy zrobisz echo, gdzie tylko zechcesz.
Zofia nauczyła Bruna głośnego gwizdnięcia. Bongo była zachwycona nową umiejętnością i zaczęła skakać z radości.
– No, to był łatwy poranek – powiedział Lew Kuba, opierając się wygodnie w fotelu. – Jeszcze jedna porada i mamy wolne.
Wtedy drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł Borsuk Barnaba, główny sędzia jutrzejszego turnieju. Jego futro było potargane, a wąsy trzęsły się z nerwów.
– Katastrofa! Tragedia! Koniec świata! – wołał, machając łapami.
– Spokojnie, panie sędzio – Alfred podsunął mu szklankę wody. – Co się stało?
– Turniej! Nie może się odbyć! – wydyszał Borsuk. – Poszedłem rano do magazynu sportowego, żeby sprawdzić sprzęt. Kapusty są na miejscu, gwizdki są… ale nagroda zniknęła! Złota Skrzynka Soku Marchewkowego wyparowała! A bez soku żaden Zając nie zgodzi się biegać z kapustą! Zjedzą piłki w pierwszej minucie meczu!
Rozdział 3: Śledztwo o zapachu pomarańczy
Detektywi natychmiast spoważnieli. Koniec leniuchowania. To była sprawa wagi państwowej.
– Proszę nas zaprowadzić na miejsce zdarzenia – zarządził Kuba, zakładając swoją detektywistyczną czapkę.
Magazyn sportowy znajdował się w dużej jaskini pod Wielkim Dębem. W rogu, gdzie powinna stać skrzynka, było pusto.
– Patrycja, lupa! Alfred, nos! Zofia, widok z góry! – rozdał zadania Kuba.
Alfred pociągnął nosem.
– Sniff, sniff… Czuję zapach wilgoci… starych butów piłkarskich… i… oho! Bardzo silny zapach marchewki! I coś jeszcze. Coś słodkiego, ale nie jak miód.
Patrycja kucnęła przy ziemi.
– Spójrzcie! – wskazała na podłogę. – Są tu pomarańczowe plamy. Ktoś musiał rozlać trochę soku, kiedy zabierał skrzynkę.
Zofia wyjrzała przez otwór wentylacyjny w suficie jaskini.
– Widzę ślady na trawie na zewnątrz! Ktoś ciągnął coś ciężkiego w stronę Polany Treningowej.
Detektywi ruszyli tropem. Pomarańczowe kropki prowadziły ich przez krzaki, aż dotarli na skraj polany. Tam, za krzakiem jałowca, usłyszeli mlaskanie.
– Mamy go! – szepnął Kuba.
Wychylili się ostrożnie. Zobaczyli Zająca Zygmunta, kapitana drużyny „Leśne Grom”. Zygmunt siedział na trawie, a jego pyszczek i łapki były całe umazane czymś lepkim i pomarańczowym.
– Aha! – krzyknął Borsuk Barnaba. – To ty! Zjadłeś nagrodę jeszcze przed meczem! To niesportowe zachowanie! Dyskwalifikacja!
Zygmunt podskoczył ze strachu tak wysoko, że prawie uderzył w gałąź.
– Ale o co chodzi?! Ja nic nie zjadłem!
– Nie kłam, masz pomarańczowy pyszczek! – oskarżył go sędzia.
– To?! – Zygmunt otarł łapką pyszczek. – To nie jest sok! Malowałem słupki bramki na pomarańczowo, żeby były lepiej widoczne, jak prosił trener! Farba jeszcze nie wyschła, a ja potarłem nos, bo mnie swędział!
Patrycja podbiegła i powąchała łapkę Zająca.
– Rzeczywiście… to pachnie gliną i barwnikiem z kwiatów, a nie marchewką. To fałszywy trop! Przepraszamy cię, Zygmuncie.
Żyrafa Zofia pochyliła głowę i spojrzała łagodnie na Borsuka.
– Panie sędzio – powiedziała spokojnie – w takich ważnych sprawach trzeba zawsze najpierw wysłuchać, co ma do powiedzenia druga strona. Nie można kogoś oskarżać, zanim się go nie zapyta o wyjaśnienie.
Borsuk Barnaba spuścił głowę zawstydzony.
– Masz rację, Zofio. Przepraszam, Zygmuncie. Byłem tak zdenerwowany i zestresowany, że zapomniałem o najważniejszym: trzeba panować nad emocjami i zachować spokój, nawet gdy bardzo się niepokoję o turniej. Obiecuję, że więcej tak nie zrobię.
Rozdział 4: Zagadka wiórów
Alfred wrócił do miejsca, gdzie trop się urywał. Ponownie zamknął oczy i skupił się wyłącznie na węchu.
– Sniff… Sniff… Czekajcie. Ten słodki zapach, który czułem wcześniej… to nie był sok. To był zapach świeżo struganego drewna. I żywicy.
– Drewna? – zdziwiła się Zofia.
– Tak! Spójrzcie na ziemię – wskazał Alfred. Obok pomarańczowych plam (które okazały się być farbą Zygmunta, którą niósł wcześniej), były też inne ślady. Szerokie, płaskie, jakby ktoś ciągnął skrzynię, a obok nich… wióry.
– Kto w dżungli najbardziej lubi drewno i ciągle coś buduje? – zapytała retorycznie Patrycja.
Wszyscy spojrzeli po sobie i krzyknęli jednocześnie:
– Bóbr Bartek!
Ruszyli biegiem nad rzekę. Gdy dotarli do tamy Bobra Bartka, zobaczyli go przy pracy. Bartek układał wielkie gałęzie, a tuż obok niego stała… zaginiona Złota Skrzynka!
– Stój! Nie pij tego! – krzyknął Lew Kuba.
Bóbr Bartek odwrócił się zdziwiony, trzymając w łapie wielki pędzel.
– Pić? Czego?
– Soku marchewkowego! To nagroda na turniej! – wyjaśnił zdyszany sędzia Borsuk.
Bóbr popatrzył na skrzynkę, potem na detektywów, i zrobił wielkie oczy.
– Soku? Ojej… – Bartek poczerwieniał pod futrem. – Przecież to moja paczka! Rano pomagałem kurierowi rozładować dostawę w magazynie sportowym. Było tam dużo skrzyń i paczek. Gdy skończyliśmy, zobaczyłem skrzynię, która wyglądała dokładnie tak samo jak ta, którą zamawiałem – złota, z metalowymi zapięciami. Myślałem, że to mój impregnat do drewna! Kurier tylko kiwnął głową i powiedział, że mogę ją zabrać, więc przeciągnąłem ją tutaj. Jeszcze jej nie otworzyłem, bo szukałem otwieracza.
Mysz Patrycja natychmiast wyskoczyła na przód ze swoją lupą.
– Chwileczkę! Sprawdzimy to! Alfredzie, zbadaj zapach zawartości. Zofio, wróć do magazynu i sprawdź etykiety na obu skrzyniach.
Alfred delikatnie powąchał zamkniętą skrzynkę.
– Sniff, sniff… To zdecydowanie marchewka! Sok marchewkowy!
Zofia szybko pobiegła do magazynu i po chwili wróciła.
– Jest tam druga złota skrzynka! – zawołała. – Na tej u Bartka jest etykieta: „Dla Komitetu Organizacyjnego Turnieju, Magazyn Sportowy”. A na tej w magazynie: „Dla Bobra Bartka, Tama nad Rzeką Długą”.
Patrycja porównała obie etykiety przez lupę.
– Widzę, co się stało! Obie skrzynie wyglądają niemal identycznie – ten sam kolor, ten sam kształt. Kurier widocznie nie patrzył uważnie na adresy i pomyślał, że skoro są takie same, to wszystko jedno którą dać Bartkowi!
Bóbr pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Tak, kurier rzeczywiście się spieszył i nie sprawdził dokładnie…
– Uff! – odetchnęli wszyscy. Sok był bezpieczny!
Rozdział 5: Wielki Turniej
Godzinę później Wielka Polana tętniła życiem. Trybuny na drzewach były pełne małp, papug i wiewiórek. Sędzia Borsuk dmuchnął w gwizdek tak głośno, że aż liście zaszumiały.
– Rozpoczynamy finał! Drużyna „Szybkich Panter” kontra „Wodne Bobry”! – ogłosił spiker, którym była Papuga Ala.
Na środek boiska wbiegł Zając Zbyszek (z drużyny Panter) i Zając Zygmunt (z drużyny Bobrów). Sędzia rzucił między nich wielką, zieloną główkę kapusty.
– Start!
Zając Zbyszek chwycił kapustę pierwszy. Tłum zaczął głośno odliczać:
– JEDEN! DWA!
Zbyszek pędził w stronę bramki, wymijając Krokodyla, który próbował go zablokować ogonem.
– TRZY! CZTERY!
Zbyszek spojrzał na kapustę. Pachniała tak pięknie… Świeżo, chrupiąco… Jego nos zaczął drgać. Zwolnił.
– PIĘĆ! SZEŚĆ! – krzyczał tłum z przerażeniem.
– Nie jedz! Nie jedz! Pomyśl o soczku! – ryczał Lew Kuba z trybun.
Zając Zbyszek potrząsnął głową, przypomniał sobie o Złotej Skrzynce czekającej na podium i przyspieszył.
– SIEDEM! OSIEM!
Tuż przed bramką drogę zastąpił mu Hipopotam. Zbyszek zrobił zwód w lewo, potem w prawo, i…
– DZIEWIĘĆ!
Rzucił się szczupakiem do przodu, wpadając z kapustą do „Garnka” (czyli bramki zrobionej z pnączy).
– DZIESIĘĆ! GOL! – wrzasnął sędzia.
To był niesamowity mecz. Było dużo śmiechu, kilka zjedzonych kapust (Zając Zygmunt niestety nie wytrzymał przy stanie 2:2 i schrupał piłkę na środku boiska, oblizując się ze smakiem), ale ostatecznie wygrała drużyna „Szybkich Panter”.
Podczas dekoracji zwycięzców, Zając Zbyszek odebrał Złotą Skrzynkę. Ale wiecie co zrobił? Zawołał kapitanów wszystkich innych drużyn.
– Ten mecz był tak męczący, że wszyscy zasłużyliśmy na nagrodę! – powiedział i podzielił się sokiem ze wszystkimi. Nawet Bóbr Bartek dostał butelkę (i obiecał, że nie pomaluje nią tamy).
Zwierzęta Detektywi siedzieli na gałęzi, popijając lemoniadę.
– To był jednak dzień pełen przygód – zaśmiała się Patrycja.
– Tak – przyznał Kuba, patrząc na zachodzące słońce. – Ale wiecie co? Najbardziej lubię te przygody, które kończą się bez zjedzenia dowodów rzeczowych.
I wszyscy wybuchnęli śmiechem, a dżungla powoli szykowała się do snu.
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.

