Home » Opowieści Detektywów » Tajemnica Kompasu Mikołaja – Powrót Mikołaja

Tajemnica Kompasu Mikołaja – Powrót Mikołaja

Po śnieżnym tygodniu w Laponii Zwierzęta Detektywi czuli się już prawie jak stali mieszkańcy Wioski Mikołaja, choć wszystko wyglądało tu zupełnie inaczej niż w ich bazie nad jeziorem w dżungli. Śnieg skrzypiał pod łapami, powietrze szczypało w nosy, a niebo prawie przez cały dzień było ciemnogranatowe, tylko czasem rozjaśnione bladym słońcem lub tańczącymi na wysokości kolorowymi wstęgami zorzy polarnej.

​Jedno się jednak nie zmieniło: ich poranny rytuał. Nawet przy mrozie, który sprawiał, że oddech zamieniał się w małe obłoczki, Lew Kuba każdego ranka stawał na środku ośnieżonego placu i wołał:
— Raz, dwa, trzy! Łapy w górę, ogony w ruch! Detektyw musi być w formie, nawet na kole podbiegunowym!​

Patrycja wykonywała szybkie podskoki w ciepłej czapce, Zofia rozciągała szyję tak wysoko, jak pozwalał jej zimowy szalik, a Alfred robił przysiady, starając się nie wsadzić nosa w śnieg. Gimnastyka trwała krócej niż w Afryce, ale odbywała się codziennie, bez wyjątków – taka była zasada drużyny.​

Zaraz po ćwiczeniach wszyscy pędzili do małej drewnianej sauny obok zagrody reniferów. W środku było ciepło i przytulnie, para unosiła się pod sufit, a zimno zostawało po drugiej stronie drzwi. Detektywi siadali na drewnianych ławkach, wygrzewali zmarznięte łapy i ogony, a Kuba żartował, że to „najlepsza rozgrzewka po porannej misji na mrozie”.

— Ciekawe, czy renifery też lubią saunę? — zapytała Zofia, rozciągając szyję.

— Pewnie tak! — zaśmiał się Kuba. — Tylko gdyby wszystkie renifery naraz przyszły do sauny, to para wyleciałaby przez dach jak przez wielki komin! Aż Mikołaj myślałby, że jego dom się pali!

Dopiero po saunie przychodził czas na śniadanie u Pani Mikołajowej – parującą owsiankę, pieczone warzywa i pierniczki, które zastępowały im na chwilę stekowe, serowe, palmowe i mrówkowe ciasteczka z dżungli.

— Te pierniczki pachną prawie jak moje mrówkowe — powiedział Alfred, wąchając. — Tylko mrówki by tu nie przetrwały!

— Za to owsianka jest taka gęsta — dodała Patrycja. — Jakby ktoś dodał do niej kawałki palmy!

Powrót Mikołaja

To właśnie po takim poranku – w pierwszy dzień Świąt – usłyszeli w Wiosce Mikołaja jakieś poruszenie. Wszyscy spoglądali na południową część nieba, a większość elfów zgromadziła się w centrum wioski, na placu przed domem Mikołaja.

Na niebie pojawiła się jakby spadająca gwiazda, która bardzo szybko powiększała się. Po chwili można było zobaczyć, że to sanie Mikołaj oświetlone setką lampek Sama konstrukcja sań była mistrzowskim dziełem elfickiego rzemiosła – czerwone, lakierowane drewno zdobione złotymi ornamentami i runicznymi wzorami. Z tyłu powiewał długi szkarłatny sztandar z wyhaftowanym wizerunkiem srebrnej gwiazdki. Renifery w liczbie dziewięciu biegły w szyku, a na ich rogach błyszczały małe dzwoneczki wydające melodyjny dźwięk. Na przedzie zaprzęgu lśnił Rudolf – renifer z czerwonym, świecącym nosem, który oświetlał drogę.

Renifery zarżały przyjaźnie, wykonały okrążenie nad wioską i precyzyjnie wylądowały bezpośrednio przed domem.

Elfy wydały okrzyk powitania i zaczęły klaskać.

Z sań zeskoczył Mikołaj – wysoki, dostojny mężczyzna w czerwonym płaszczu obszytym białym futrem, z długą siwą brodą i ciepłym uśmiechem. Jego oczy błyszczały życzliwością i mądrością.

— Ho, ho, ho! — zawołał radośnie, rozglądając się po zgromadzonych. — Jakie to wspaniałe uczucie być w domu!

Elfy otoczyły go natychmiast, gratulując udanej misji i pomagając przy rozpakowywaniu sań. Mikołaj pozdrawiał każdego, klepał renifery po szyjach i rozdawał uściski.

Detektywi stali nieco z boku, niepewni, czy powinni podejść.

Minęła minuta, potem dwie. Elfy unosiły skrzynie, Mikołaj sprawdzał listy i notatki. Detektywi czekali cierpliwie, choć w ich sercach rosło napięcie.

— Może nas nie zobaczył? — wyszeptała Zofia.

— Niemożliwe — odpowiedziała Patrycja. — Przecież przez cały tydzień elfy mówiły, że bardzo chce się z nami spotkać.

Po kolejnych kilku minutach Mikołaj wreszcie skończył wszystkie pilne sprawy. Otrzepał śnieg z płaszcza, poprawił pas i ruszył w ich stronę.

— Moi drodzy Detektywi! — zawołał ciepło. — Przepraszam za to oczekiwanie, ale wiecie, jak to jest po długiej podróży – najpierw trzeba wszystko sprawdzić i upewnić się, że renifery są dobrze zaopiekowane.

— Zapraszam do mojego domu. Mamy do omówienia bardzo ważne sprawy.

Dom Mikołaja był zupełnie inny niż dom Pani Mikołajowej. Podczas gdy jej dom był przytulny i pełen zapachów domowego pieczenia, dom Mikołaja był majestatyczny i pełen magii.

Weszli przez dębowe drzwi ozdobione rzeźbionymi wzorami przedstawiającymi renifery, elfy i gwiazdy. W środku panował półmrok rozświetlony blaskiem setek świec i małych lampek. Główna sala miała wysoki, sklepiony sufit z drewnianych belek, a ściany pokrywały bogato zdobione boazerie.

Po lewej stronie stał ogromny kominek, w którym płonął spokojny ogień. Nad nim wisiał portret przedstawiający młodego Mikołaja z pierwszym zaprzęgiem reniferów.

Po prawej stronie znajdowała się ogromna biblioteka – od podłogi po sufit ciągnęły się półki pełne ksiąg w skórzanych oprawach. Niektóre tytuły były zapisane w językach, których Detektywi nie rozpoznawali.

— To księgi życzeń dzieci z całego świata — wyjaśnił Mikołaj, widząc ich zaciekawione spojrzenia. — Każde życzenie jest tutaj zapisane i przechowywane przez wieki.

W centrum sali stał masywny dębowy stół nakryty mapą świata, na której migały małe lampki – każda oznaczała miejsce, gdzie zostały dostarczone prezenty.

— Proszę, usiądźcie — zaprosił Mikołaj, wskazując na wygodne fotele obite czerwonym aksamitem.

Detektywi usiedli, a Mikołaj zajął miejsce naprzeciwko nich. Renifer Złośnik stanął obok, z talerzykiem pierników i kubkami gorącego kakao.

— Wiem, że macie wiele pytań — zaczął Mikołaj, patrząc na nich z ciepłym uśmiechem. — I obiecuję, że wszystko wyjaśnię.

Rozwiązanie zagadki kompasu

Patrycja pierwsza się odezwała:
— Mikołaju, dlaczego kompas był tak ważny? Jak mogłeś lecieć bez niego?

Mikołaj westchnął i uśmiechnął się.
— Bo wcale go nie potrzebowałem. To był tylko podstęp.

Wszyscy zdziwili się.

 — Jak to podstęp? – wyraził zdumienie Kuba.

— Szakal Szymon chciał zepsuć święta — wyjaśnił Mikołaj — Więc wymyśliłem, że kompas jest zaginiony, żeby odwrócić jego uwagę. A Złośnik tak opowiedział historię, aby usłyszał ją Żółw Żelek. Szakal podstępem dowiedział się od Żelka całej tajemnicy i przez cały czas myślał o kompasie. No a ja mogłem w tym czasie spokojnie przygotować prezenty i sanie.

— A my? — zapytała Zofia.

— Wy byliście kluczem do planu — odpowiedział Mikołaj. — Wasze działania sprawiły, że Szakal nie zauważył, co naprawdę robię. Sądził, że bez kompasu nie wyruszę, więc całą energię skierował na odnalezienie i kradzież kompasu. 

— Więc nas wykorzystałeś? — zapytała Patrycja.

— Przykro mi — powiedział Mikołaj. — Nie mogłem ryzykować, żeby Szakal zbyt szybko znalazł kompas. A gdybyście wiedzieli, że to tylko podstęp, moglibyście zachowywać się inaczej.
Ale to dzięki wam wszystkie dzieci dostały prezenty.

Alfred pokiwał głową.
— Rozumiem. Czasem trzeba odwrócić uwagę, żeby ochronić to, co ważne.

— Dokładnie — przytaknął Mikołaj. — Wy byliście bohaterami. Bez was plan by się nie powiódł.

— Więc misja się udała? — zapytała Patrycja.

— Tak! — Mikołaj się roześmiał. — Szakal jest zdezorientowany i zdziwiony, a my mamy spokojne święta.

Złośnik podniósł kubek z ciepłym kompotem z suszu.
— Brawa dla Zwierząt Detektywów – prawdziwych bohaterów świąt!

Wszyscy wznieśli kubki. Potem Mikołaj wręczył każdemu błyszczącą odznakę.
— To Gwiazda Polarnej Odwagi. Otrzymują ją ci, którzy wykazali się prawdziwym męstwem. Noście ją z dumą.

Detektywi przyjęli odznaki ze wzruszeniem. Były ciepłe i lekko migotały, jakby miały w sobie odrobinę magii.

— Dziękujemy — powiedziała Patrycja. — To była niezwykła przygoda.

— Mam jeszcze jedną prośbę — Mikołaj spoważniał i ściszył głos.


— Mamy problem w magazynie paszy reniferów. Przed świętami zauważyłem, że za szybko znika nam chrobotek. To ten pyszny mech, który jest przysmakiem reniferów. Sprawdzałem w księgach zapasów – ze spiżarni ubywa dwa razy więcej mchu, niż renifery powinny zjadać!

— Może są po prostu bardzo głodne przed lotem? — zapytała Zofia.

— Renifery nie mogą same otwierać spiżarni, a ich porcje są ściśle wyliczone — odparł Mikołaj. — Ktoś musi je dokarmiać. Ale kto? Nie chcę robić zamieszania i oskarżać nikogo bez dowodów. To delikatna sprawa.

— To zadanie w sam raz dla nas! — zawołał Kuba, poprawiając swój kapelusz. — Zwierzęta Detektywi wkraczają do akcji!

Nocna zasadzka

Detektywi ruszyli do zagrody renów. Było tam przytulnie, pachniało sianem i suszonymi ziołami. Renifery odpoczywały w swoich boksach.

Patrycja wyciągnęła lupę i zaczęła badać podłogę przy wejściu do spiżarni.
— Spójrzcie! — szepnęła. — Są tu ślady kopyt, ale też… mniejsze, miękkie ślady łap.

— Wyglądają jak psie łapy — zauważył Alfred, węsząc przy ziemi. — Ale po co psy miałyby kraść mech? Przecież one wolą mięso.

Postanowili zaczaić się za stertą worków z owsem. Czekali cierpliwie. Minęła godzina, w stajni słychać było tylko spokojne chrapanie reniferów.

Nagle drzwi uchyliły się cicho. Do środka wślizgnęły się dwa psy husky – te same, które przywiozły ich z lotniska! Jeden z nich, Odin, zręcznie pchnął nosem drzwi do spiżarni, a drugi, Skadi, wyniósł w pysku pęk chrobotka.

Ale nie zjadły go! Podeszły do zagrody reniferów – Fircyka i Amorka.
— Proszę, chłopaki — szczeknął cicho Odin, podsuwając mech reniferom. — To zaliczka. A teraz nasza kolej!

Fircyk i Amorek schrupali mech ze smakiem, a potem… otworzyli nosami skobel zagrody! Psy husky wskoczyły do stojących w rogu małych sanek treningowych, a renifery chwyciły uprząż w zęby i zaczęły ciągnąć sanki po wybiegu obok zagrody, robiąc psom wesołą karuzelę!

— Juhu! — szczekały radośnie husky. — Szybciej, szybciej!

Finał i powrót w wielkim stylu

Detektywi wyszli z ukrycia. Renifery stanęły jak wryte, a psy schowały się pod ławkę. Do zagrody wszedł Mikołaj, który obserwował wszystko z ukrycia za Detektywami.

— A więc to tak! — zaśmiał się serdecznie. — Przekupstwo w mojej własnej zagrodzie!

Psy spuściły uszy, a Fircyk przestąpił z nogi na nogę.
— Przepraszamy, Mikołaju… — mruknął renifer. — Ale pieski tak bardzo chciały poczuć wiatr w sierści, a my… no cóż, ten dodatkowy chrobotek jest pyszny.

Mikołaj pogłaskał psy i renifery.
— Nie gniewam się. Ale koniec z podjadaniem w nocy! Renifery muszą być w formie. A wy, pieski, jeśli chcecie się przejechać, wystarczy poprosić.

Gdy zagadka została rozwiązana, Detektywi spojrzeli na zegarki. Miny im zrzedły.
— Mikołaju, musimy już iść — powiedziała smutno Zofia. — Musimy się spakować i położyć spać, żeby rano zdążyć na samolot do Afryki. To długa i męcząca podróż…

Mikołaj uśmiechnął się szeroko i mrugnął do nich.
— Ho, ho, ho! Czyżbyście zapomnieli, u kogo gościcie? Samolot? Nuda!

— Zapomnieliście o moich saniach? — zapytał, wskazując na lśniący pojazd. — Zjedzmy coś smacznego, porozmawiajmy, a później ja i moje renifery chętnie odwieziemy was do domu do Afryki. Bez kontroli na granicy, bez czekania na lotnisku i to w mgnieniu oka! Tak działa magia Mikołaja.

Detektywi aż podskoczyli z radości.
— Naprawdę?! — zawołała Patrycja.

I tak, po pysznej pożegnalnej kolacji, wsiedli do sań. Mikołaj cmoknął na renifery, które wzbiły się w niebo, zostawiając za sobą zorzę polarną. Podróż była ekspresowa. Zanim Alfred zdążył ziewnąć, sanie wylądowały miękko na plaży w Afryce.

Detektywi wysiedli, czując na pyskach ciepłe, znajome powietrze. Wrócili do domu, bogatsi o przygodę i pewność, że nawet najtrudniejsze zagadki mają proste rozwiązania, a magia Świąt działa wszędzie – nawet pod palmami.

Do widzenia Mikołaju!

Do zobaczenia Zwierzęta Detektywi.