Mysz pustynna doskonale umiała nawigować na lotni. Zrobiła dwa kręgi i przez specjalne okulary do wypatrywania portali zauważyła ciemniejszą plamę na niebie. Wycelowała w nią lotnię i znalazła się w ludzkim świecie.
To był park. Obok parku był plac zabaw dla dzieci, a obok placu zabaw biegła dróżka. Mysz pustynna schowała lotnię, żeby nikt jej nie zabrał. Wyciągnęła kompas i ustaliła, w którym kierunku należy iść.
Powoli przeciskała się przez trawy. Przeszła jedną dróżkę, drugą i trafiła do parku. Sprawdziła jeszcze raz na mapie. Mapa wskazywała kierunek południowy. Mysz pustynna wyciągnęła lornetkę i popatrzyła.
– Widzę klon i ma zielone liście – powiedziała do siebie.
Na trawie było już mnóstwo żółtych liści, bo zbliżała się powoli jesień, ale na klonie były zielone. Mysz pustynna powoli i ostrożnie zaczęła się rozglądać. Na ulicy jeździły samochody, chodnikiem chodzili ludzie. W parku nie było prawie nikogo. Po drugiej stronie zobaczyła jedynie jakąś panią z psem, ale pomyślała, że jest za daleko i na pewno jej nie zauważy.
Powoli zaczęła się zbliżać do klonu. Gdy stanęła pod drzewem, szybko zorientowała się, że wszystkie liście leżące na ziemi są już wysuszone i pożółkłe, a do swojej misji potrzebuje świeżych, zielonych. Problem w tym, że rosły wysoko na gałęziach.
Po chwili dostrzegła jednak, że kilka gałązek zwisa nisko nad siłownią plenerową. Mysz wdrapała się po metalowej drabince, stanęła na palcach i wyciągnęła rękę, ale wciąż brakowało jej kilku centymetrów. Na szczęście w plecaku miała rozkładane nożyce z długą rączką. Ostrożnie je rozsunęła, sięgnęła do gałęzi, przecięła jeden z liści i szybko schowała zdobycz do plecaka.
– Teraz już tylko pozostało zejść, wrócić do portalu i misja zakończona – pomyślała.
Ale wtedy zobaczyła coś bardzo niepokojącego. Tuż obok siłowni pojawił się ten pies, którego widziała wcześniej. Był bez smyczy i biegał po całym parku.
– O nie, pewnie mnie wyczuje – pomyślała Mysz.
Na szczęście była dużo wyżej niż pies, ale on zaczął krążyć. Obsikał jedno drzewo, drugie i biegał dalej po parku. Mysz ostrożnie zeszła na dół i zaczęła delikatnie, powolutku zmierzać w kierunku, gdzie zostawiła swoją lotnię i wyjście do portalu.
Myślała, że jej się uda, a wtedy pies ją wyczuł. Mysz pustynna zastanawiała się, co może zrobić. Pies popatrzył – nigdy nie widział takiego stworka. Niby była to zwykła mysz, ale miała ogromne uszy i plecak, a dodatkowo czerwoną opaskę na głowie. Pies był zdezorientowany.
Nie uciekł. Postanowił, że musi zbadać, co to za obiekt.
– Ach, te psy, muszę jakoś go zmylić – pomyślała Mysz.
Wtedy zobaczyła na trawniku mały samochodzik. Miał niebieski spód, żółte koła i żółtą kabinę.
Patrycja, nie wahając się długo, wskoczyła do samochodziku i zaczęła trąbić. To trąbienie zwróciło uwagę właścicielki psa. Pomyślała, że w samochodziku siedzi dziecko, i natychmiast podbiegła.
– Nikolas, wracaj – zawołała swojego psa.
Tymczasem mysz pustynna postawiła plecak za sobą, żeby nie było widać, kto tak naprawdę prowadzi auto, i zaczęła pedałować. Jazda po trawie nie była zbyt wygodna, ale mysz wyjechała na alejkę i błyskawicznie dotarła do miejsca, gdzie zostawiła swoją lotnię.
Lotnia miała dwie funkcje – mogła oczywiście latać, ale kiedy leżała na ziemi i została podparta na dwóch krawędziach, bardzo się napinała i działała jak trampolina. Mysz wyskoczyła z autka, wskoczyła na lotnię, odbiła się raz, dwa, trzy, ziu. Ostatni skok był na tyle wysoki, że trafiła w portal.
I już po chwili wypadła z niego w Krainie Zwierząt.
Inni Detektywi pełnili dyżury i tylko na to czekali. Kiedy zobaczyli, że mysz wypadła w środku pomiędzy górami, lew, który akurat obserwował teren, natychmiast krzyknął:
– Yes!
I odbił się od skały, aby na swojej lotni polecieć w kierunku myszy. Patrycja chciała rozłożyć spadochron i powoli opadać, ale okazało się, że w trakcie ucieczki przed psem spadochron gdzieś wypadł. Na szczęście Kuba zrobił dwa kółka i pochwycił mysz w powietrzu. Razem wylądowali u podnóża góry. Żyrafa i mrówkojad zjechali po linie i po chwili wszyscy byli znów razem.
– Czy udało ci się bez problemu znaleźć liść klonu? – zapytały Kuba.
– Oczywka – powiedziała mysz. – Co prawda jakiś psiak chciał się ze mną zapoznać, ale zupełnie nie miałam ochoty się z nim bawić. Mogłam rozsypać preparat pieprzowy, żeby zgubić ślad, ale nie chciałam mu psuć humoru i podrażniać jego nosa. Na szczęście znalazłam małe autko, udawałam dzieciaczka, a jego pani go przywołała i zapięła na smyczy.
– Uff, teraz to już z górki – powiedział mrówkojad.
Zwierzęta wzięły kompas, wyznaczyły kierunek i pomknęły w stronę swojego domku. Dotarły tam tuż nad ranem. Świstaki rozłożyły swój namiot i cierpliwie czekały na powrót zwierząt detektywów. Kiedy usłyszeli kroki, natychmiast wyskoczyli z namiotu.
– Czy udało się wam? – zapytali.
– Oczywiście, że się udało – odpowiedziała Zofia. – Za chwilę przyrządzimy eliksir i będziecie mogli wracać do swojej krainy.
Lew, mrówkojad i żyrafa zaczęli rozpakowywać sprzęty, a mysz pustynna udała się prosto do laboratorium. Tam ze specjalnych odczynników oraz z liścia klonu przygotowała preparat odczarowujący drzewo w krainie świstaków. Po 15 minutach mieszania, podgrzewania i przelewania preparat był gotowy. W małej fiolce było kilkanaście mililitrów zielonego płynu.
Mysz wyszła z laboratorium i powiedziała:
– Wszystko się udało, proszę świstaku, tylko spakuj bezpiecznie tę fiolkę, żeby ci nie pękła.
– Oczywiście, mam tutaj odpowiednie styropianowe opakowanie, więc nawet jak się przewrócimy albo zderzymy, fiolka będzie bezpieczna – odpowiedział świstak.
Świstaki zapakowały eliksir i wyruszyły z powrotem do swojej krainy. Tymczasem zwierzęta detektywi postanowili, że resztę dnia spędzą tak, jak lubią najbardziej. Nalali sobie do szklaneczek lemoniady, założyli okulary przeciwsłoneczne i rozłożyli się wygodnie na wiszących leżaczkach w cieniu palm.
– Kolejna misja zakończona sukcesem – westchnął z zadowoleniem Lew Kuba, poprawiając swój kapelusz, który nawet podczas odpoczynku nie opuszczał jego głowy.
– Mam nadzieję, że eliksir zadziała – powiedziała Patrycja, przeglądając notatki w swoim dzienniku. – Według Mądrej Księgi powinien zacząć działać w ciągu kilku godzin od podlania drzewa.
– Na pewno zadziała – zapewniła Zofia, sięgając swoją długą szyją po przekąski. – Przecież to ty go przygotowałaś, a twoje mikstury zawsze są skuteczne.
Alfred tylko pokiwał nosem, już prawie drzemiąc w swoim leżaczku.
Tydzień później, gdy zwierzęta właśnie kończyły poranną gimnastykę, usłyszały znajome gwizdanie. To Świstak Świszczysław wraz z małym Świstaczkiem przybyli z wizytą. Tym razem nie wyglądali na zmartwionych – wręcz przeciwnie, ich futerka lśniły zdrowiem, a łapki miały normalny kolor.
– Eliksir zadziałał! – zawołał radośnie Świszczysław. – Podlaliśmy drzewo dokładnie tak, jak instruowała nas Mysz Patrycja, i już następnego dnia sok przestał parować. Nasze łapy wróciły do normalnego koloru!
– Przynieśliśmy wam podziękowania od całej krainy świstaków – dodał mały Świstaczek, wręczając zwierzętom pięknie zdobioną skrzyneczkę.
W środku znajdowały się cztery błyszczące medale z napisem „Bohaterom od wdzięcznych świstaków” oraz kosz pełen świstakowych przysmaków – orzechów w miodzie, które były specjalnością ich krainy.
Zwierzęta detektywi z dumą przyjęli podarunki, a Patrycja dodała nową stronę do swojego dziennika przygód. Wieczorem, gdy słońce zachodziło nad dżunglą, siedzieli razem przy ognisku, opowiadając sobie o wszystkich przygodach podczas wyprawy po liść klonu.
I choć wiedzieli, że wkrótce czeka ich kolejna misja, na razie cieszyli się spokojem, przyjaźnią i smakiem świstakowych przysmaków, które – jak zgodnie przyznali – były najlepszą nagrodą za ich trud.
📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!
🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.
