Sprawa Tajemniczych Gości

Rozdział 1: Poranny trening

Tego ranka drużyna Zwierząt Detektywów zebrała się na polanie przy swoim domku na poranny trening. Zofia rozłożyła maty, Alfred już robił skłony, Patrycja rozciągała łapki, a Ala, fruwając nad ich głowami, wykrzykiwała: „Raz, dwa, trzy, cztery!”

Tylko Lew Kuba leżał spokojnie na macie i robił dziwne miny – marszczył brwi, zaciskał zęby, raz po raz napinał mięśnie i rozluźniał, a potem znów napinał.

– Kubo – odezwał się Alfred, zatrzymując się w pół skłonu. – Ćwiczysz w ogóle?

– Oczywiście, że ćwiczę – odparł Kuba z godnością, nie ruszając się z miejsca. – Robię ćwiczenia izometryczne.

– Izo… co? – Ala wylądowała na ziemi i przekrzywiła głowę.

– Izometryczne – wyjaśniła Patrycja, odkładając notes. – To takie ćwiczenia, podczas których napinamy mięśnie na kilka sekund, a potem je rozluźniamy. Nie ruszamy się specjalnie, ale mięśnie pracują bardzo intensywnie.

– I to naprawdę coś daje? – zapytała Ala sceptycznie.

– Bardzo dużo daje – kiwnęła głową Patrycja. – Takie ćwiczenia wzmacniają mięśnie, które trzymają kolana i kręgosłup w dobrej formie. Są ważne dla każdego, chociaż pewnie dopiero kiedy stajemy się dorośli, zaczynamy rozumieć, jak bardzo.

– Widzicie? – mruknął Kuba z zadowoleniem, napinając kolejny mięsień. – Ćwiczę ciężej niż wy wszyscy razem wzięci.

– Tak, tak, widzimy – parsknął Alfred i wrócił do skłonów.

Rozdział 2: Pierwsze skargi

Po szybkim śniadaniu (Alfred jak zwykle zjadł owsiankę z mrówkami, Ala suszone owoce, a Kuba wielką miskę sałaty z pomidorami i hojną posypką o smaku steku) Zwierzęta Detektywi otworzyli biuro dla interesantów.

Pierwszym gościem była Króliczyca Krystyna. Weszła zdyszana, z uszami przyciśniętymi do głowy.

– Detektywi, ktoś ukradł mi marchewkę! – zawołała. – Widziałam dwie postacie koło mojego ogródka. Wzięły marchewkę, odgryzły kawałek, a potem wyrzuciły i uciekły.

– Wyrzuciły? – Patrycja już pisała w notesie. – To znaczy, że nie były głodne albo marchewka im nie smakowała.

– Albo po prostu nie wiedziały, czego szukają – dodał cicho Alfred.

Chwilę później przed biurem pojawił się Hipopotam Hipolit. Wyglądał na mocno zbulwersowanego.

– Proszę państwa, muszę to zgłosić. Ktoś nurkował w mojej części jeziora! Zauważyłem wyrwane trzciny przy brzegu, a kiedy wszedłem głębiej, zobaczyłem bąble powietrza unoszące się spod powierzchni. Ktokolwiek tam był, szybko uciekł – słyszałem, jak krzyczy, że jest zimno i że woda dostała mu się do uszu.

– Do moich uszu też by się dostała – mruknął Kuba i zanotował coś w swoim notatniku.

Jako ostatnie przyszły Małpy Mela i Monia, trajkocąc obie naraz.

– Na lianach! Prawie się zderzyłyśmy! Dwie postacie skakały zupełnie odwrotnie do trasy ćwiczeń! Gdybyśmy nie zdążyły, to byłoby zderzenie!

– Jak wyglądały? – zapytała Zofia.

– Dziwnie – odpowiedziała Mela. – Jakby to było jedno zwierzę z garbem i dwiema głowami. Zupełnie nie jak nasze dżunglowe zwierzęta.

Zwierzęta Detektywi spojrzeli na siebie.

– Zaczynamy śledztwo – powiedział Kuba spokojnie.

Rozdział 3: Ślady i tropy

Pierwszym miejscem oględzin był ogródek Króliczycy Krystyny. Alfred schylił się nisko i powąchał ziemię przy grządkach.

– Dwa rodzaje śladów – powiedział. – Kurze łapy i racice.

– Zaraz, zaraz – Patrycja otworzyła Wielką Księgę Śladów. – Pamiętacie historię z Pingwinem Egzaminatorem? Też były dziwne ślady i też za szybko chcieliśmy wyciągać wnioski. Nie oskarżamy nikogo bez dowodów.

– Racice mogą należeć do wielu zwierząt – przyznał Kuba. – Pani Gazeli, dzika, może kozy…

– A kurze łapy – dodała Patrycja – to mały kazuar albo inne ptactwo. Chociaż według Księgi oba są dość nietypowe dla tej dżungli.

Przy jeziorze Hipolita Zwierzęta Detektywi odkryli kilka świeżo wyrwanych trzcin przy brzegu.

– Ktoś chciał oddychać pod wodą przez taką rurkę – stwierdził Alfred, obracając trzcinę w łapie.

– A po co ktoś miałby nurkować przez całe jezioro? – zastanowiła się Zofia, sięgając wzrokiem w stronę małej wysepki na środku wody. – Może chciał dostać się na tę wyspę, nie będąc zauważonym.

Na drzewie przy lianach Patrycja odkryła głębsze zarysowania w korze.

– Ktoś wspinał się tu racicami – powiedziała. – A tu – przyjrzała się ziemi – jakieś pióra. Dość duże i twarde. Nie z żadnego ptaka, którego znam z dżungli.

Alfred schował pióro do koperty i wpisał wszystko starannie w raport.

Rozdział 4: Zasadzka nocna

Wieczorem przyszedł sygnał od Pani Łasicy. Zostawiła wiadomość:

„Widziałam dwie postacie przy moim oknie. Przyglądały mi się, kiedy przyjmowałam pacjentów. Nie wyglądały złośliwie, raczej… z ciekawością.”

Zwierzęta Detektywi zaplanowali nocną zasadzkę na polanie przy chatce Pani Łasicy. Rozstawili się w ciszy – Alfred przy wielkim baobabie, Patrycja na gałęzi powyżej z notesem, Kuba przykucnął przy krzakach, Zofia stanęła przy kamieniu, a Ala krążyła cicho w powietrzu.

Przez długą chwilę panowała cisza. Gwiazdy świeciły jasno, żaby grały swój nocny koncert, a Kuba co kilka minut dyskretnie napinał mięśnie izometrycznie, żeby się nie znudzić.

I wtedy po drugiej stronie polany zaszeleściły liście.

– Ruch! – szepnęła Ala.

– Widzę ich – odparła ściszonym głosem Zofia.

Wszyscy wstrzymali oddech. Dwie ciemne postacie powoli wyłaniały się spośród drzew.

I właśnie w tym momencie Kuba poczuł znajome łaskotanie w nosie. Próbował je zignorować. Ścisnął nos łapą. Zmrużył oczy.

Nie pomogło.

– AAAAPSIK! – Kuba kichnął tak głośno, że spłoszyły się wszystkie żaby w promieniu stu metrów.

Dwie postacie po drugiej stronie polany momentalnie zniknęły w zaroślach.

– Kuba! – szepnęła Patrycja z wyrzutem.

– Przepraszam, przepraszam – mruknął Lew zawstydzony. – Uczulenie na pyłki. Zupełnie nie mogę nad tym zapanować.

– Widziałam ich z góry – odezwała się Patrycja, schodząc ostrożnie z gałęzi. – To chyba naprawdę jakiś ptak – mały, może podobny do koguta albo małego strusia. I czworonożne zwierzę, dość duże. Skoro ma racice, to może koza albo coś podobnego.

– Przynajmniej wiemy, kogo szukamy – podsumował Alfred. – Jutro śledzimy ślady od miejsca, gdzie ich widziałaś.

Kuba kichnął jeszcze raz.

– Naprawdę przepraszam.

Rozdział 5: Szałas w zaroślach

Rano Zwierzęta Detektywi ruszyli śladami od miejsca nocnej ucieczki. Tropy prowadziły wzdłuż jeziora, przez wysokie trawy, i kończyły się przy gęstych zaroślach po drugiej stronie wody.

Tam, schowany między bambusami, stał mały, porządnie zbudowany szałas.

– Dobra – powiedział Kuba cicho. – Alfred i ja stajemy od frontu. Patrycja i Zofia – od tyłu. Ala – w powietrzu. Na twój znak, Alu.

Rozeszli się w ciszy. Kilka minut minęło spokojnie. Potem Ala zatoczyła trzy kółka.

– TERAZ! – krzyknęły Patrycja i Zofia, uderzając patyczkami w puszki i głośno tupiąc. – Jesteśmy! Jesteście otoczeni! Wychodźcie!

Z szałasu wybiegły dwie przestraszone postacie.

Pierwsza – rudy Kogut z wielkim czerwonym grzebieniem.

Druga – biała Koza z rogami i czarnymi oczami.

I biegli wprost na Kubę i Alfreda.

Alfred rozciągnął sieć. Kuba przytrzymał ją z drugiej strony.

– Mamy ich! – krzyknął Alfred.

– Nie ruszajcie się! – ryknął Kuba.

Kogut i Koza zamarli w sieci, drżąc ze strachu. Koza skryła głowę za grzbiet Koguta.

– O nie – pisnął Kogut. – To dzikie zwierzęta! Już po nas!

– Jest LEW – szepnęła Koza, patrząc przerażonym wzrokiem na Kubę. – PRAWDZIWY LEW.

– Spokojnie – odezwał się Kuba tak łagodnie, jak tylko potrafił, co i tak brzmiało dość imponująco przy jego rozmiarze. – Nikt was nie zje.

– Słowo lwa? – pisnął Kogut.

– Słowo lwa – potwierdził Kuba poważnie.

Patrycja podeszła spokojnie i przykucnęła na poziomie ich oczu.

– Nie bójcie się – powiedziała łagodnie. – Nic wam nie zrobimy. Ale wiele zwierząt skarżyło się, że ktoś zakłóca im spokój i podbiega do ich zapasów. Chcemy wiedzieć, kim jesteście i co tu robicie.

Rozdział 6: Kogut Kostek i Koza Klara

Kogut prostował się powoli. Koza przestała drżeć.

– Ja jestem Kogut Kostek – odezwał się cicho – a to jest Koza Klara.

– Żyjemy na farmie – dodała Klara. – W świecie ludzi. Mamy tam też innych przyjaciół – Sokoła Sebę i Byka Bartka.

– I pewnego dnia – kontynuował Kostek – zaczęliśmy rozmawiać o tym, że nasze życie na farmie jest… nudne. – Zawsze to samo: pianie o świcie, pastwisko, wieczór, sen. I tak każdego dnia.

– A skoro istnieje portal do innych krain – odezwała się Klara – to postanowiliśmy sprawdzić, gdzie jest więcej szczęścia i przyjemności. Zrobiliśmy losowanie. Seba i Bartek trafili do Krainy Kucyków. A my z Kostkiem – tutaj, do dżungli.

– Ale nie wiedzieliśmy, jak szukać szczęścia – przyznał Kostek. – Więc zaczęliśmy podpatrywać.

– Króliczyca miała taką szczęśliwą minę, kiedy jadła marchewkę – powiedziała Klara. – Więc pomyśleliśmy, że może marchewka to jest to, czego szukamy.

– Ale nie smakowała nam wcale – westchnął Kostek.

– Hipopotam leżał cały dzień w wodzie z wyraźną błogością na twarzy – dodała Klara. – Więc spróbowaliśmy nurkować. Ale woda była lodowata i dostała się do uszu i to naprawdę nie było przyjemne.

– Małpy skakały na lianach i śmiały się – powiedział Kostek. – Więc też spróbowaliśmy. Trochę za bardzo w odwrotnym kierunku.

– A Pani Łasica wyglądała na taką spełnioną, kiedy pomagała pacjentom – dodała cicho Klara. – Więc przyszliśmy zobaczyć, na czym to polega.

Przez chwilę panowała cisza. Potem Alfred odchrząknął.

Potem Kuba się zaśmiał.

Potem zaśmiali się wszyscy.

Rozdział 7: Piknik na polanie

– Chodźcie z nami – powiedział Kuba, zdejmując sieć. – Mamy coś dla was ważniejszego niż marchewka i zimna woda.

Na polanie Zofia rozłożyła koc, Patrycja przyniosła zapasy, Ala poleciała po soki z dzikich owoców, a Alfred przygotował swoją specjalność: herbatę z dżunglowych ziół.

Kostek i Klara siedzieli trochę niepewnie, rozglądając się dookoła.

– Wiecie, co zrobiliście źle? – zapytała Patrycja, nalewając herbatę.

– Szukaliśmy szczęścia innych zamiast swojego – odparła cicho Klara.

– Dokładnie – powiedziała Patrycja. – Każdy z nas jest inny. Hipopotam całymi dniami leży w wodzie, bo woda go uspokaja i chłodzi. Królik kocha marchewkę, bo to właśnie jego ulubiony smak. Małpy skaczą na lianach, bo ruch sprawia im radość. Pani Łasica czerpie satysfakcję z pomagania innym, bo taka jest jej natura.

– Ale to, co dla Hipopotama jest błogością – dodał Alfred – dla koguta może być zupełnym nieporozumieniem.

– Jak ja i ćwiczenia izometryczne – wtrącił Kuba z miną pełną godności. – Inni tego nie rozumieją, a dla mnie to idealna forma aktywności.

– Dlatego – powiedziała Zofia – warto próbować różnych rzeczy, żeby odkryć, co naprawdę sprawia radość właśnie nam.

– Ale jak szukać? – zapytał Kostek.

Patrycja otworzyła notes i powiedziała spokojnie:

– Po pierwsze: próbuj różnych rzeczy, zanim powiesz, że coś ci się nie podoba. Marchewka nie była dla was smaczna, ale może jest coś innego, czego jeszcze nie znacie. W świecie ludzi dzieci przecież testują całe mnóstwo rzeczy – jedne kochają rysowanie i mogą godzinami tworzyć obrazki kredkami, inne wolą układanie klocków i budowanie coraz wyższych wież. Są takie, które czują się najszczęśliwsze na parku linowym albo na sali tanecznej, a inne – z nosem w książce, przeżywając przygody razem z bohaterami. I każde z tych dzieci ma rację, bo każde odkryło coś swojego.

– Po drugie – dodała Ala – nie kopiuj szczęścia innych, tylko je obserwuj. Patrzenie na kogoś, kto jest szczęśliwy, może ci podpowiedzieć coś o tobie samym. Może nie chodziło o marchewkę, ale o to, że lubicie gryźć chrupiące rzeczy?

– Po trzecie – powiedział Alfred – szczęście nie jest zawsze wielkie i głośne. Czasem to mała, codzienna rzecz: ulubiony zapach, ulubione miejsce, coś, co robisz i zapominasz o czasie.

– Po czwarte – dodał Kuba – nie ma jednego przepisu na szczęście dla wszystkich. I to jest piękne. Gdybyśmy wszyscy chcieli tego samego, byłoby na świecie bardzo nudno.

Kostek siedział w ciszy i patrzył w kubek z herbatą.

– Myślę, że na farmie nie próbowaliśmy nigdy odkryć, co lubimy – powiedział w końcu. – Zawsze byliśmy zbyt zajęci robieniem tego, co wypada.

– To najważniejsze odkrycie tej wyprawy – uśmiechnęła się Patrycja.

Rozdział 8: Pożegnanie przy portalu

Wieczorem Zwierzęta Detektywi odprowadzili gości do portalu przy wielkim drzewie figowym na skraju dżungli. Portal pulsował delikatnym złotym światłem.

– Gotowi? – zapytała Zofia.

– Prawie – powiedział Alfred. Sięgnął do kieszeni i wyjął dwie małe szklane fiolki z koreczkami. W każdej z nich było coś innego: w jednej – kilka ziół i kwiatów z dżungli, w drugiej – odrobina gliny spod jeziora i zgubione piórko Ali.

– Zapachy z podróży – wyjaśnił Alfred, podając fiolki Kostkowi i Klarze. – Każda podróż uczy czegoś ważnego. A takie małe drobiazgi – kamyczek, pióro, zapach – potrafią w każdej chwili przywołać wspomnienie i to, czego nas nauczyła droga.

Klara wzięła fiolkę i zamknęła oczy. Poczuła zapach bambusów i dzikiej trawy.

– Nie zapomnę – powiedziała.

Kostek ścisnął swoją fiolkę mocno w skrzydle.

– Wrócimy kiedyś? – zapytał.

– Portal jest dla gości, którzy mają dobre serce – odparł Kuba. – A wy je macie.

Kogut Kostek i Koza Klara weszli do portalu. Złote światło zamigotało, rozbłysło i zgasło.

Na polanie zostało tylko złote echo portalu i cichy szum dżungli. Gdzieś daleko, po drugiej stronie, Kostek i Klara mieli już przy sobie swoje fiolki z zapachami – najlepszą pamiątkę z dżungli.

– No to jeszcze jedna sprawa rozwiązana – powiedział Alfred.

– I dwie nowe przyjaźnie – dodała Ala.

– I ważna nauka – powiedziała Patrycja, zamykając notes. – Że szczęście nie jest tym samym dla każdego. I że warto szukać własnego, zamiast podglądać cudze.

Kuba ziewnął szeroko i przeciągnął się.

– A teraz – powiedział – wracam na matę. Mam jeszcze pięć serii izometrycznych do zrobienia.

I ruszył spokojnie przed siebie, marszcząc brwi z wysiłkiem, chociaż z zewnątrz wyglądało, jakby po prostu szedł.

📖 Masz ochotę poczytać te opowiadania dziecku z prawdziwej książki?
Zajrzyj do naszego sklepu!

🎁 Teraz z kodem KUBA – wysyłka do paczkomatu gratis.