Poranek na plaży pod Malagą był dla Zwierząt Detektywów wyjątkowy. Byli nieco rozczarowani poprzednim dniem i utratą mapy, ale gdy słońce dopiero wspinało się ponad morze, drużyna zgodnie z rytuałem przeprowadziła dokładną, poranną gimnastykę. Żadnych skrótów — każdy skłon, każdy pajacyk i specjalny trening szyi Zofii wykonali starannie. Szum fal morskich i świeże powietrze sprawiły, że poczuli nową energię, gotowi kontynuować misję.
Po ćwiczeniach detektywi udali się do pobliskiej kawiarni tuż przy nadmorskiej promenadzie. Spróbowali tu po raz pierwszy hiszpańskiego śniadania. Patrycja zachwycała się kawałkiem owczego sera, Alfred zaś delektował się tortillą – tradycyjnym hiszpańskim omletem z ziemniakami i cebulą, który jednak posypał obficie swoją ulubioną przyprawą mrówkową, bez której nie ruszał się z domu.
Zofia chrupała pieczone zielone papryczki pimientos de padron. Kuba, choć zwykle rozmawia tylko o mięsie, tym razem powoli rozkoszował się szynką iberico – specjalną szynką z iberyjskich czarnych świnek.
„Wiecie, że te świnie żyją w lasach pełnych dębów, karmią się żołędziami, dzięki czemu ich mięso ma wyjątkowy, delikatny smak i jest uważane za jedno z najlepszych na świecie” – powiedział.
Na stole pojawiła się horchata – słodki napój z migdałów lub orzechów, bielutki i orzeźwiający, oraz kawa cortado – mocna, mała kawa z odrobiną mleka.
— To horchata, tradycyjny napój całej Hiszpanii – wytłumaczyła Zofia.
— A cortado to kawa idealna dla śpiochów i detektywów – dodał Kuba, popijając małymi łykami.
Przy sąsiednim stoliku siedziała hiszpańska rodzina z małymi dziećmi. Najmniejsze dziecko machało do Kuby, myśląc, że to przebrany człowiek.
— Hola! — pisnęło dziecko.
Kuba dyskretnie pomachał z powrotem, starając się nie odsłonić lwiego pazura.
— Dzieci zawsze są najbardziej spostrzegawcze — szepnęła Patrycja. — Musimy być ostrożni.
Zofia spojrzała na menu i zauważyła, że Hiszpanie jedzą śniadanie znacznie później niż oni.
— Tutaj ludzie jedzą śniadanie czasem nawet o dziesiątej rano — powiedziała. — To zupełnie inna kultura niż nasza.
— A kolację jedzą po dziewiątej wieczorem! — dodał Alfred, który słyszał to od kelnera. — To dlatego, że w Hiszpanii jest tak ciepło w południe, że wolą odpoczywać w najgorętszych godzinach.
— Ciekawe zwyczaje — mruknął Kuba, oblizując się po ostatnim kawałku szynki iberico — Ale muszę przyznać, że to śniadanie było warte każdej minuty!
Podczas rozmowy do stolika sfrunęła z pobliskiego drzewa mała zielona papuga. Przycupnęła na oparciu krzesła Alfreda, po czym cicho zakwiliła i zostawiła karteczkę pod szklanką Patrycji.
— Zaproszenie od mądrych sów z góry Calamorro! — odczytała Patrycja, otwierając śnieżnobiałą kopertę.
Okazało się, że sowy czekają na nich z ważną wiadomością. Sprawdzili, że na szczyt można dostać się na kilka sposobów: pieszo, rowerem lub wagonikiem kolejki górskiej.
— Po co nam kolejka, skoro jesteśmy wprawieni w chodzeniu? — zapytał Kuba, choć coś w jego głosie sugerowało, że wcale nie jest przekonany do wspinaczki.
Alfred pokiwał głową.
— To duża góra, a czas ucieka. Lepiej wjedźmy kolejką, pogoda może się zepsuć.
Zofia też przytaknęła.
Kuba, żeby zachować pozory, machnął łapą:
— Dobrze, dobrze, jestem w pełni gotowy na wysokości! Kolejka górska to dla mnie pestka!
Gdy dotarli do stacji kolejki, przez chwilę obserwowali małe wagoniki. Kuba próbował żartować i pokazać, że nie boi się wysokości, ale nogi lekko mu drżały.
Kupili bilety w kasie samoobsługowej, wsiedli i wagonik ruszył powoli. Poniżej rozciągały się palmy, plaża, białe miasteczka i niebieskie morze. Pod trasą kolejki widać było opuszczone wesołe miasteczko – dawno temu działał tam park rozrywki z karuzelą i kolejką, ale teraz stało puste, porośnięte dzikim bluszczem. Kuba spoglądał od czasu do czasu przez okno, niby wesoły, ale za każdym razem, gdy wagonik szarpał lekko przy słupie, podskakiwał niemal do sufitu.
— Ja lubię jeździć kolejką – powiedział rozbawiony Alfred. — Ale fajnie, że Kuba też się dobrze bawi!
— Bardzo się bawię, bardzo – odparł Kuba, wyraźnie starając się brzmieć pewnie, choć łapa ściskała poręcz wagonika mocniej niż zwykle.
Właśnie wtedy, gdy wagonik miał wjechać na górną stację, nagle kolejka zatrzymała się. Najpierw detektywi myśleli, że to koniec trasy, ale po kilku minutach nadal nic się nie działo.
Wagonik kołysał się delikatnie na wietrze, a jedynym dźwiękiem był szumiący lekki wiatr.
— Może to przerwa techniczna? — zastanawiała się Patrycja.
Po chwili usłyszeli, że coś zablokowało mechanizm wagonika. Patrycja spojrzała w górę, poruszając delikatnie przyciskiem alarmowym, lecz dźwięku nie było słychać.
Postanowiła działać. Zwinnie wspięła się przez dach wagonika, a jej mała sylwetka zniknęła wśród metalowych elementów. Przesunęła się na najbliższy słup, na którym zawieszone były liny kolejki.
Zeszła szybko po drabinie i udała się do górnej stacji. Rozejrzała się. Na ziemii leżał rower – zwykły, turystyczny rower. Ale było w tym coś dziwnego. Ktoś zostawił go tak, że blokował mechanizm uruchamiający kolejkę.
— To nie był przypadek — szepnęła do siebie Patrycja.
Przy rowerze zauważyła jeszcze coś – skrawek szarej tkaniny, jakby ktoś się zaczepił o metal i zostawił fragment swojego ubrania. Patrycja ostrożnie wzięła go do kieszeni.
— To może być ważny dowód — pomyślała.
Szybko odsunęła rower na bok i nacisnęła wielki zielony przycisk „START”. Mechanizm zasyczał, zakrzyczał, a potem ruszył.
Tymczasem w wagoniku Kuba trzymał się mocno poręczy, starając się nie patrzeć w dół.
— Patrycjo, jak długo jeszcze? — zawołał, choć starał się brzmieć spokojnie.
Alfred wystawił nos i powąchał.
— Czy coś się nie pali? — zapytał zaniepokojony.
— To tylko mechanizm kolejki, który znów ruszył — uspokoiła go Zofia, wyglądając przez lornetkę.
Wagonik dojechał wreszcie na szczyt, a reszta drużyny z ulgą wysiadła na górną stację.
— Udało się! — powiedziała Patrycja. — I znalazłam to. — Pokazała skrawek szarej tkaniny. — Ktoś specjalnie zablokował kolejkę. To nie był wypadek.
— Znowu Szakal?
— Może — odparła, chowając dowód do kieszeni.
— Patrycja, jesteś mistrzynią mechaniki! — zawołała Zofia.
— Chyba ktoś znowu próbuje nas zatrzymać lub opóźnić naszą misję — mruknął Alfred.
Widok z górnej stacji był niesamowity: cała panorama wybrzeża Andaluzji, błyszczące promienie słońca na morzu, a nad ich głowami kołowały ptaki — orły i sokoły.
Przy wejściu na kamienistą ścieżkę do sów, Zofia zagadnęła:
— Powiedzcie mi, czym właściwie różni się puchacz od sowy?
Dwa piękne, duże ptaki usiadły na gałęzi obok i uśmiechnęły się przyjaźnie.
— Puchacz to gatunek sowy — wyjaśnił jeden z nich. — Właściwie jesteśmy sowami, ale należymy do największych sów na świecie. Nazywają nas puchaczami zwyczajnymi.
Zofia podziękowała za lekcję.
— A czy to prawda, że puchacze potrafią obracać głowę aż tak bardzo? — zapytała Patrycja.
Jeden z puchaczy uśmiechnął się i powoli obrócił głowę. Najpierw w lewo, potem w prawo, aż wydawało się, że patrzy zupełnie do tyłu.
— Możemy obrócić głowę o dwieście siedemdziesiąt stopni — wyjaśnił. — Prawie cały okrąg! To dlatego, że nasze oczy są nieruchome. Nie możemy poruszać gałkami ocznymi jak wy, więc natura dała nam elastyczne szyje.
— A słuch? — zapytał Alfred. — Słyszałem, że puchacze mają niesamowity słuch.
— To prawda — potwierdził drugi puchacz. — Słyszymy mysz biegnącą po trawie z odległości ponad stu metrów. Nasze uszy są umieszczone asymetrycznie na głowie, więc możemy dokładnie określić, skąd dochodzi dźwięk.
— Dlatego jesteśmy najlepszymi strażnikami wiedzy — dodał pierwszy puchacz z dumą. — Widzimy i słyszymy wszystko, co dzieje się w okolicy.
Puchacze opowiedziały, że rzadko opuszczają wzgórze, ale mają wielu posłańców i wiedzą o wszystkim, co dzieje się w okolicy. Jeden z nich zamrugał okiem.
— Słyszeliśmy o waszej przygodzie na Gibraltarze i wybryku magotów. Magoty nie chciały być złe — ktoś ich oszukał. Powiedziano im, że chcecie odkryć ich kryjówki i zbudować tam hotel dla turystów. To była nieprawda.
— Dlatego zabrały mapę — dodał drugi puchacz. — Ale zrozumiały, że wasza misja odnalezienia kompasu Mikołaja jest ważna i chciały naprawić swój błąd. Zostawiły wam prezent w specjalnej skrytce na plaży, obok kępy palm.
— Nie gniewajcie się na magoty. Polecamy wytropić tego, kto naprawdę próbuje wam przeszkodzić — powiedział cicho puchacz.
Nagle do ptasiego zgromadzenia przyleciał jeden z sokołów i przekazał, że widział podejrzane postacie w białym miasteczku w górach — we Frigilianie.
— Więcej informacji mają tamtejsze borsuki — mówił sokół. — Najlepiej spotkać się z nimi w ruinach starego maurskiego zamku. To starożytna twierdza z dziewiątego wieku, leży na wzgórzu powyżej białego miasteczka. Mieszka tam borsuk, który lubi obserwować miasteczko i dolinę.
Detektywi podziękowali sowom za pomoc i wskazówki. Szybko wrócili kolejką na dół (Kuba oczywiście teraz siedział najciszej i odliczał minuty do końca jazdy).
Gdy dotarli do Frigiliany, drużyna zatrzymała się w polskiej restauracji niedaleko rynku. Chcieli zasięgnąć języka i posłuchać, o czym rozmawiają ludzie — może ktoś wspomni coś o kompasie lub podejrzanych postaciach. Zamówili pierogi — tradycyjne, takie jakie próbowali podczas wakacji w Polsce.
— W każdym kraju można znaleźć pyszną polską kuchnię — skomentowała Zofia.
Po posiłku detektywi ruszyli przez wąskie, kręte uliczki Frigiliany. Białe domki lśniły w słońcu, a na balkonach wisiały donice pełne czerwonych i różowych kwiatów. Pachniało jaśminem i przyprawami.
— Piękne miasteczko — szepnęła Zofia, starając się nie zahaczać o niskie dachy.
Turyści robili zdjęcia, a detektywi mieszali się z tłumem, udając zwykłych zwiedzających.
Na jednym z rogów ulicy stał lokalny artysta, który malował akwarele białych domków. Zatrzymali się na chwilę, żeby popatrzeć.
— Piękne miasteczko, prawda? — zagadnął artysta po hiszpańsku.
— Sí, muy bonito — odpowiedziała Zofia, która nauczyła się kilku podstawowych zwrotów.
Na ścianach niektórych domów wisiały ceramiczne tabliczki z malowanymi scenami z historii Frigiliany.
— Te obrazki opowiadają historię buntu maurów w szesnastym wieku — wytłumaczyła Patrycja, czytając z przewodnika. — To miasteczko ma bardzo bogatą przeszłość.
Alfred zatrzymał się przy małej fontannie, gdzie miejscowe koty piły wodę.
— Tutaj nawet koty wyglądają na bardziej zrelaksowane niż w innych miejscach — zauważył.
— To hiszpański styl życia — zaśmiała się Zofia. — Spokój, siesta i radość z życia.
Wreszcie dotarli do stromej ścieżki prowadzącej na wzgórze zamku.
Droga do ruin zamku była stroma, ale widoki rekompensowały wysiłek.
— Te ruiny przetrwały ponad tysiąc lat — powiedział Alfred z szacunkiem.
Borsuk siedzący w cieniu wielkiego kamienia podniósł głowę.
— Witajcie, Zwierzęta Detektywi! Słyszałem o waszej misji. Proszę, usiądźcie, mam dla was herbatę z górskich ziół.
Usiedli wygodnie na płaskich kamieniach. Borsuk nalał herbatę do glinianych kubków.
— Ktoś wypytywał o was na rynku — zaczął poważnie. — Był niecierpliwy, nerwowy. Miał szarą kurtkę i długi ogon. Podobno to Szakal Szymon.
— Szakal! — zawołała Patrycja. — To ten, który chciał sprzedać nam Nasiona Zimowych Drzew!
— Tak — potwierdził borsuk. — Pytał o „magiczny przedmiot”. Mówił coś o „zatrzymaniu misji”. Widziano go też z małpami na Gibraltarze.
Alfred zmarszczył brwi.
— Znowu próbuje przeszkodzić. Najpierw fałszywa informacja o Australii, potem magoty i mapa, teraz blokada kolejki…
Borsuk podrapał się po nosie.
— Mam jeszcze wieści. Widziano coś przypominającego kompas Mikołaja w Kraju Basków, na północy Hiszpanii. Ale musicie podążać za złotym kamieniem. On wam pokaże prawdziwą drogę.
Detektywi podziękowali borsukowi i ruszyli w stronę plaży. Słońce zaczynało już chylić się ku zachodowi.
Zgodnie ze wskazówkami puchaczy, odszukali w piasku pomiędzy palmami wykopaną skrytkę. Muszle i świecące kamyki wyznaczały miejsce. Alfred delikatnie wyciągnął magiczny złoty kamień.
Kamień był niesamowity. Miał kształt okrągłego dysku, wielkości dłoni, i lśnił w świetle zachodzącego słońca jak roztopione złoto. Na jego powierzchni, nieco zatarte, wygrawerowane były dziwne symbole – kompasy, gwiazdy i strzałki.
— Jaki piękny — szepnęła Zofia.
Gdy Alfred trzymał kamień w łapie, poczuł delikatne ciepło i lekkie wibracje, jakby kamień żył własnym życiem.
Nagle kamień zaczął się obracać. Powoli, ale zdecydowanie – tak jakby go coś przyciągało. Zatrzymał się, wskazując wyraźnie na północ.
— Patrzcie! — zawołał Kuba. — To jak kompas, ale magiczny!
Patrycja wyjęła swój zwykły kompas z plecaka i porównała.
— Zgadza się. Oba wskazują dokładnie ten sam kierunek – północ.
Każdy z detektywów mógł potrzymać kamień przez chwilę. Zofia poczuła przyjemne ciepło, Kuba lekkie mrowienie w łapach, a Patrycja zauważyła, że kamień wibruje mocniej, gdy obraca się w stronę północy.
— To naprawdę działa — powiedział Alfred z podziwem. — Kamień czuje, gdzie jest kompas Mikołaja.
Postanowili przetestować go dokładniej. Kuba odszedł kilka kroków na wschód – kamień nadal wskazywał północ. Zofia poszła na zachód – to samo. Bez względu na to, gdzie stali, kamień zawsze obracał się w tym samym kierunku.
— Magoty naprawdę chciały pomóc — powiedziała Zofia cicho. — To wspaniały prezent.
— I teraz wiemy na pewno, dokąd iść — dodała Patrycja, chowając kamień ostrożnie do specjalnej sakiewki. — Na północ. Do Kraju Basków.
Patrycja sprawdziła w przewodniku ludzi, że najwygodniej tam dotrzeć samolotem z Malagi do Bilbao. Lot trwa niecałe dwie godziny.
— Rezerwujmy bilety na jutro — zdecydował Kuba. — Czas ucieka, do świąt już tylko trzy tygodnie!
Wieczorem cała drużyna siedziała na plaży, patrząc na iskierki na wodzie.
— Dzisiaj znowu ktoś próbował nas zatrzymać, ale dzięki pomocy puchaczy, magotów i borsuka jesteśmy coraz bliżej celu.
— Ważne, że nie dajemy się zmylić, nawet jeśli ktoś próbuje przeszkodzić — podsumowała Patrycja.
— Jutro ruszamy na północ. Kompas Mikołaja czeka — dodała Zofia, patrząc w gwiazdy, których coraz więcej pojawiało się nad Malagą.
Kupując bilety na lot do Bilbao, Detektywi z nadzieją popatrzyli na magiczny kamień, który cicho obracał się w ich dłoniach.
— Musi się udać. Święta są coraz bliżej — szepnął Alfred.
Misja trwała dalej.
