Home » Opowieści Detektywów » Tajemnica Kompasu Mikołaja – Wyprawa na Skałę Tajemnic

Tajemnica Kompasu Mikołaja – Wyprawa na Skałę Tajemnic

Tego dnia Zwierzęta Detektywi obudzili się jeszcze przed wschodem słońca. Nikt nie przeciągał się długo w łóżku, bo wszyscy wiedzieli, że to dzień ważnej misji – pierwszej podróży w poszukiwaniu wskazówek do kompasu Mikołaja.

— Dziś bez długiego pluskania w jeziorze — oznajmiła stanowczo Mysz Patrycja, poprawiając szkło powiększające na szyi. — Tylko szybka gimnastyka i ekspresowe śniadanie!

Kuba zrobił kilka błyskawicznych pajacyków, Zofia rozciągnęła szyję w górę i w dół, Alfred wykonał trzy głębokie wdechy „na obudzenie nosa”, a Ala machnęła skrzydłami jak helikopter.

Śniadanie też było inne niż zwykle. Zamiast spokojnego ucztowania na tarasie, każdy chwytał coś „w biegu”: Patrycja zjadła mały tost z sera koziego i ziół, Kuba miseczkę owsianki „na raz”, Alfred zabrał ze sobą pakiet mrówkowych ciasteczek, Zofia kilka młodych liści do torby, a Ala mieszankę pestek w małym woreczku.

— To będzie dzień pełen niespodzianek — mruknął Alfred, zapinając plecak. — Czuję to w powietrzu.

Rowerami do portalu

Chwilę później cała czwórka — Patrycja, Kuba, Zofia i Alfred — siedziała już na swoich rowerkach, gotowa do drogi.

— Ala, pamiętaj, zostajesz po naszej stronie portalu — przypomniała Patrycja. — Twoim zadaniem jest asekurować nasz powrót.

— Asekuro… co? — zapytała cicho Ala.

Patrycja uśmiechnęła się.

— Asekurować, czyli czuwać nad czyimś bezpieczeństwem. Ty będziesz naszym strażnikiem od strony Krainy Zwierząt. Gdyby coś poszło nie tak, polecisz do Złośnika lub do Sowy Sylwii po pomoc.

— Ooo! To bardzo ważne zadanie! — Ala aż się wyprostowała z dumy. — Będę najlepszą asekuracją na świecie!

Rowerki potoczyły się po leśnej ścieżce, która prowadziła w stronę tajemniczej doliny między dwiema górami.

— Mamy piętnaście minut do otwarcia portalu — powiedziała Patrycja, zerkając na zegarek. — Musimy być punktualnie na wzgórzu.

— Rowerki, pełna moc! — ryknął Kuba i wszyscy przyspieszyli.

Wkrótce dotarli do miejsca, gdzie ścieżka wspinała się stromo w górę. Zatrzymali rowery w ukryciu pod krzakami i wyciągnęli z plecaków złożone przenośne lotnie — lekkie, ale bardzo wytrzymałe.

— Jak zawsze: sprawdzamy paski, linki, a potem startujemy na mój znak — przypomniała Patrycja. — Portal otworzy się dokładnie na pięć minut. Musimy wlecieć w sam środek wiru.

Wspięli się na szczyt wzgórza. Ala wzbiła się nad nimi, krążąc jak kolorowy samolot zwiadowczy.

— W razie czego będę was prowadzić z góry — obiecała.

W powietrzu zaczęła migotać srebrzysta mgła — znak, że portal się budzi.

— Trzy… dwa… jeden… START! — zawołał Kuba.

Lotnie rozwinęły się z szelestem, a detektywi skoczyli z krawędzi wzgórza prosto w kierunku wirującej bramy między światami. Przez krótką chwilę wszystko dookoła było tylko światłem, wiatrem i śmiechem Kuby krzyczącego:

— To lepsze niż wszystkie zjeżdżalnie świata!

Ala obserwowała, jak ich sylwetki znikają w portalu, który po chwili zatrzasnął się jak błyszczące oko.

— Teraz moja kolej na czuwanie — szepnęła do siebie i usiadła na najwyższej gałęzi baobabu, pilnując miejsca, gdzie portal miał się znów pojawić.

Spotkanie z Panterą Agatą w Zoo

Gdy wir światła ucichł, detektywi poczuli pod łapami coś zupełnie innego niż miękką dżunglową trawę — twardy, równy beton.

— Chyba się udało… — mruknął Alfred, rozglądając się ostrożnie.

Stali w cieniu wielkiego drzewa na tyłach miejskiego Zoo. Z daleka słychać było głosy ludzi, śmiech dzieci i odgłosy zwierząt z różnych stron świata.

Z ciemniejszego zakątka wybiegu wyszła smukła, czarna pantera o futrze lśniącym jak jedwab.

— Agata! — zawołał Kuba. — Kuzynko!

Pantera Agata elegancko się przeciągnęła, a jej oczy zabłysły.

— Witaj, Kubo. Witajcie, Zwierzęta Detektywi. Słyszałam o waszej świątecznej misji. Złośnik uprzedził mnie, że przybędziecie.

Przeszli za wielki kamień, gdzie gęste krzewy zasłaniały ich przed wzrokiem zwiedzających.

— Zorganizowałam kilka spotkań z mieszkańcami Zoo — zaczęła Agata. — Najwięcej wiedzą oczywiście małpy. Rozmawiałam z gibonami, z dalekimi znajomymi z innych wybiegów, a także z ptakami, które przynoszą wieści z całego świata. W ich opowieściach „koniec krainy ludzi” to miejsce, gdzie ląd nagle się urywa, a dalej jest już tylko morze. Wszyscy mówili o wysokiej skale nad wodą… o Skale Gibraltarskiej.

— Gibraltar… — powtórzyła Zofia. — Słyszałam o tym miejscu. Wielka skała na końcu Europy.

Agata skinęła głową i wyciągnęła z kryjówki zrolowaną mapę.

— Tu zaznaczyłam wam drogę. A tutaj — mała gwiazdka — to miejsce ukrytej skrytki. Według legend w tej skrytce powinien znajdować się Magiczny Złoty Kamień. Ten kamień reaguje na Kompas Mikołaja. Kiedy go trzymasz, zawsze lekko obraca się w kierunku, w którym znajduje się kompas — jakby słyszał jego wołanie.

Agata zawahała się przez chwilę.

— Ale muszę was ostrzec… ktoś rozpuszcza fałszywe plotki. Wczoraj jeden z ptaków powiedział mi, że podobno ten kamień może być w Australii, po drugiej stronie świata. Nie brzmiało to wiarygodnie — Australia to zupełnie inny kierunek, a informacja nie była potwierdzona. Jakby ktoś chciał was zmylić.

Patrycja zapisała wszystko w dzienniku.

— Dziękujemy za ostrzeżenie. Jeśli znajdziemy kamień, znajdziemy też kompas. To nasz pierwszy prawdziwy trop.

— Ale najpierw musicie dostać się do Hiszpanii — ciągnęła Agata. — Do Malagi. Tam łatwo wypożyczyć auto i dojechać na Gibraltar.

Samolotem do Malagi

Detektywi, pod opieką Agaty, przemknęli bocznymi alejkami aż do drzwi prowadzących na lotnisko.

— Ludzie mają swoje zasady podróżowania — powiedziała Patrycja półgłosem. — Kiedy lecą do innego kraju, zwykle muszą pokazać dokumenty, na przykład paszport albo dowód osobisty. Strażnicy graniczni sprawdzają wtedy, kto wjeżdża, czy wszystko jest w porządku i czy można bezpiecznie wpuścić tę osobę do kraju.

Na szczęście, dzięki odpowiedniej „charakteryzacji”, nikt nie zwrócił na nich większej uwagi. Kuba wyglądał jak turysta w zbyt dużym płaszczu i kapeluszu, Zofia miała ogromny szalik i okulary przeciwsłoneczne, Alfred niósł wielką torbę „z rzeczami plażowymi”, a Patrycja siedziała w małej podręcznej torebce, udając zabawkę.

Lot do Malagi był spokojny, bez turbulencji. Przez okno widzieli morze, góry i białe miasteczka Hiszpanii.

Mniej więcej w połowie lotu pojawiła się stewardessa z wózkiem pełnym jedzenia i napojów.

— Czy państwo życzą sobie coś do picia lub jedzenia? — zapytała uprzejmie, zatrzymując się przy ich rzędzie.

Kuba natychmiast się ożywił i pochylił się do przodu, starając się mówić jak najbardziej ludzkim głosem.

— Czy macie może coś… mięsnego? — zapytał z nadzieją. — Jakieś steki? Antrykoty? Może kotlety?

Stewardessa uśmiechnęła się.

— Mamy kanapkę z szynką lub wegetariańską.

Kuba westchnął głęboko.

— Kanapka… dla lw… — zaczął, ale Patrycja szybko go szturchnęła. — …dla… bardzo głodnego turysty… to jak podać wielorybowi akwarium zamiast oceanu…

— Kubo! Zachowuj się! — syknęła Patrycja z torebki.

Alfred wyciągnął swój długi nos i powąchał tackę z jedzeniem.

— Czy to… mrówki argentyńskie w tej kanapce? — zapytał poważnie.

Stewardessa spojrzała na niego ze zdziwieniem.

— To papryka, proszę pana…

— Ach, przepraszam — Alfred się zawstydził. — Mam bardzo wrażliwy nos. Zawodowo.

Zofia, która siedziała zgięta na swoim miejscu, próbowała napić się wody z małego plastikowego kubeczka. Przy jej długiej szyi kubeczek wyglądał jak mikroskopijny naparstek.

— Czy mogłabym prosić o dwa kubki? — zapytała uprzejmie. — Albo trzy?

Kuba wziął swoją kanapkę i spojrzał na nią z dezaprobatą.

— Pani stewardesso — powiedział bardzo poważnie — gdybym powiedział, że jestem na specjalnej diecie lwiej, to dostałbym większą porcję?

Stewardessa parsknęła śmiechem.

— Dieta lwia? Pan chyba żartuje! Jest pan bardzo zabawnym turystą! — powiedziała, kręcąc głową z uśmiechem, i pojechała dalej z wózkiem.

Kuba odwrócił się do przyjaciół, gdy stewardessa odeszła.

— Widzieliście? — szepnął podekscytowany. — Powiedziałem prawdę i nikt mi nie uwierzył! To najlepsza charakteryzacja ever!

Patrycja przewróciła oczami, ale i ona się uśmiechnęła.

— Jedz swoją kanapkę, Kubo. Mamy przed sobą jeszcze długą drogę.

Po wylądowaniu wypożyczyli nieduże auto. Kuba usiadł za kierownicą, Zofia na miejscu obok, żeby lepiej widzieć drogę, a Patrycja z Alfredem z tyłu sprawdzali mapę Agaty.

— Jedziemy na „koniec krainy ludzi” — powiedziała Patrycja. — Tam, gdzie ląd spotyka się z morzem i gdzie stoi wielka Skała.

Droga wiła się wzdłuż wybrzeża, aż wreszcie przed nimi wyrosła ogromna, szara skała.

— To musi być ona — szepnęła Zofia. — Skała Gibraltarska. Wysoka na ponad czterysta metrów, z wieloma jaskiniami w środku. Kiedyś ludzie myśleli, że tu kończy się znany świat.

Przejście graniczne i nietypowy pas startowy

Auto zaparkowali na parkingu tuż przed przejściem granicznym.

— Gibraltar to specjalne miejsce — wyjaśniła Patrycja, czytając z przewodnika. — Jest małym terytorium, więc musimy przejść przez granicę.

Przy bramie granicznej tłoczyło się wielu turystów. Detektywi, wtapiając się w tłum, przeszli spokojnie razem z innymi zwiedzającymi.

— Patrzcie! — szepnęła Zofia, gdy znaleźli się po drugiej stronie. — To chyba… pas startowy?

Rzeczywiście, przed nimi rozciągała się szeroka, betonowa droga z białymi pasami.

— To pas startowy lotniska na Gibraltarze! — zawołał cicho Alfred. — Słyszałem o tym. To jedyne miejsce na świecie, gdzie droga przecina pas startowy samolotów. Kiedy samolot ląduje lub startuje, zamykają drogę specjalnymi szlabanami, a ludzie czekają jak przy przejeździe kolejowym!

— Ale teraz nie ma samolotów, więc możemy przejść — dodała Patrycja.

Przeszli przez pas startowy razem z innymi turystami, podziwiając niezwykłość tego miejsca. Po drugiej stronie zaczynała się droga prowadząca wprost pod Skałę.

Wspinaczka i spotkanie z magotami

— Według mapy Agaty mamy iść schodkami na górę, a potem skręcić w lewo w stronę małej platformy widokowej — wyjaśniła Patrycja, patrząc przez lupę na rysunek.

Schody były wąskie i kręte, ale Zofia radziła sobie świetnie, stawiając długie nogi pewnie na każdy stopień. Kuba szedł pierwszy, udając przewodnika wycieczki.

— Proszę państwa, po lewej stronie widzimy piękny widok na morze, a po prawej… — tu przerwał, bo tuż przed nimi na poręczy usiadła małpa.

Był to magot — małpka o brązowo-szarym futrze i bystrych oczach, bez ogona.

— To magot berberyjski, czyli Barbary makak — wyszeptała Zofia. — Jedyna dzika małpa w Europie. Mieszka właśnie tutaj, na Skale Gibraltarskiej.

Za pierwszą małpą pojawiły się kolejne; wkrótce cała grupa stała się otoczona przez ciekawskie magoty, które przyglądały się im z bardzo bliska.

Magoty były niezwykle ciekawe. Jeden z nich podszedł do Kuby i zaczął przyglądać się jego kapeluszowi safari.

— Spokojnie, to tylko kapelusz — mruknął Kuba.

Nagle magot jednym zwinnym ruchem złapał kapelusz i próbował go zdjąć!

— Hej! Nie! To mój ulubiony kapelusz! — zawołał Kuba, trzymając go obiema łapami.

Zaczęła się prawdziwa „przeciąganka kapelusza” — Kuba ciągnął w dół, magot ciągnął w górę, podczas gdy inne małpy przyglądały się z rozbawieniem.

— Puść! To… jest… mój… detektywistyczny… kapelusz! — sapał Kuba.

W końcu magot puścił i z obrażoną miną odskoczył na bok.

Tymczasem inny magot odkrył, że Patrycja ma w torebce małą lornetkę. Chwycił ją i zaczął przez nią patrzeć — wprost na Zofię.

— Ooook ooook! — zapiszczał zachwycony, widząc przez szkła powiększoną żyrafią szyję.

— To nie zabawka! — piszczała Patrycja, próbując odzyskać lornetkę.

Zofia postanowiła spróbować dyplomacji. Przykucnęła i zaczęła robić dziwne miny do magotów — mrużyła oczy, wydymała wargi, kiwała głową.

— Ooook? Eeek? Jak się macie, drodzy magoty? — próbowała się komunikować.

Magoty spojrzały na nią, potem na siebie, jakby mówiły „co ona wyprawia?”, a potem uciekły kawałek dalej, najwyraźniej uznając żyrafę za dziwaczkę.

— Nie sądzę, żeby to był właściwy dialekt małpi… — mruknął Alfred.

Nagle jeden z najmniejszych magotów podszedł do Alfreda i zaczął wąchać jego długi nos. Potem spróbował go ugryźć.

— Au! To nie banan! — krzyknął Alfred, odsuwając się szybko.

— Proszę, proszę, jakie interesujące plecaki… — mruknął Alfred teatralnie, widząc, że magoty otaczają go coraz ciaśniej. — Tylko bez podjadania!

Małpy były szybkie i zwinne. Jedna z nich, nieco większa i pewna siebie, skoczyła na ramię Alfreda, a potem z gracją zsunęła się na jego plecak.

— Spokojnie, kolego… — próbował go uspokajać Alfred.

Nagle jeden z magotów zauważył zrolowaną mapę w kieszeni Alfreda. Z radosnym piskiem przyspieszył i sprytnie ją wyrwał, a potem pobiegł po skałach w górę, myśląc, że to nowa zabawka!

— Mapa! — krzyknęła Patrycja. — To nasza jedyna wskazówka do skrytki!

Kuba rzucił się do przodu, ale małpa była dużo szybsza. Skakała po kamieniach i murkach, znikała między skałami, podczas gdy pozostałe magoty rozpraszały detektywów, zaglądając do kieszeni i plecaków.

— Nie biegnijcie za daleko! — zawołała Zofia. — Nie znamy tego terenu!

Próbowali jeszcze przez chwilę wypatrzeć złodziejaszka, ale w labiryncie skał i ścieżek zniknął im z oczu.

W końcu musieli się zatrzymać.

— Bez mapy nie znajdziemy skrytki z kamieniem… — powiedziała cicho Patrycja.

— A więc to nie przypadek — mruknął Alfred. — Najpierw ktoś chciał nas zmylić i wysłać do Australii z fałszywą informacją, a teraz małpa zabiera dokładnie mapę, której potrzebujemy. Ktoś naprawdę nie chce, żebyśmy skończyli tę misję.

Wieczorna narada przy plaży

Z ciężkimi sercami zeszli po schodkach na dół. Widoki były piękne, ale tym razem nikt nie miał ochoty ich podziwiać.

— Wracajmy do domu przy plaży — zaproponował Kuba. — Musimy to wszystko przemyśleć.

Wynajęty domek stał niedaleko szerokiej, piaszczystej plaży. Wieczorem morze szumiało spokojnie, a niebo robiło się różowe od zachodzącego słońca.

Detektywi usiedli przy stole na tarasie.

— Podsumujmy — zaczęła Patrycja, otwierając dziennik śledztw. — Po pierwsze, ktoś rozpuszczał plotki o Australii, żeby nas zmylić. Po drugie, jedna małpa zabrała dokładnie mapę, a nie cokolwiek innego. To nie wygląda na zwykły przypadek.

— W samolocie też czułem, że ktoś nas obserwuje — dodał Kuba. — Jakiś cień w przejściu, ktoś szybko się odwrócił, gdy na niego spojrzałem.

— W Zoo też — powiedziała Zofia. — Gdy rozmawialiśmy z Agatą, miałam wrażenie, że ktoś stoi za ogrodzeniem i nas słucha. Kiedy spojrzałam, już nikogo nie było.

Alfred potarł nos.

— Nos mówi mi jedno: ktoś zna naszą tajemnicę. Wie o kompasie, wie o kamieniu i robi wszystko, żebyśmy ich nie znaleźli. Najpierw fałszywy trop do Australii, teraz skradziona mapa…

Nagle Kuba uniósł głowę i wciągnął powietrze nosem.

— Czujecie ten zapach? — zapytał.

Po ścieżce obok domku szedł mężczyzna niosący wielką, pachnącą tacę z pieczonym daniem.

Kubie ciekła ślinka.

— Przepraszam! — zawołał, starając się mówić jak najbardziej ludzko i nisko, żeby ukryć lwi głos. — Co pan niesie? To wygląda tak… pysznie!

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko.

— To indyk! Pieczony indyk! Idę na przyjęcie do moich przyjaciół z Ameryki. Dzisiaj obchodzimy Święto Dziękczynienia, czyli Thanksgiving. To zawsze ostatni czwartek listopada. Amerykanie jedzą wtedy indyka i dziękują za wszystkie dobre rzeczy w życiu.

— Thanksgiving… — powtórzył Kuba z podziwem. — Brzmi wspaniale!

— Miłego święta! — zawołał mężczyzna i poszedł dalej.

Kuba wrócił do stołu.

— No proszę. W każdym kraju są różne zwyczaje i święta — powiedział. — Ale nie spodziewałem się, że zobaczymy świątecznego indyka w Hiszpanii!

— To piękne — dodała Zofia. — Ludzie świętują razem, dziękują za dobre rzeczy i wspólnie jedzą. Tak jak my, gdy spotykamy się przy stole.

Patrycja skinęła głową.

— Właśnie dlatego musimy znaleźć kompas Mikołaja. Żeby wszystkie dzieci na świecie mogły cieszyć się swoimi świętami i dostawać prezenty. To nasza misja.

Na chwilę zapadła cisza. Słychać było tylko spokojny szum fal.

— Ale to nie znaczy, że się poddamy — odezwała się w końcu Patrycja. — Jesteśmy detektywami. Kiedy trop znika, szukamy nowego. Teraz musimy wymyślić, jak znaleźć skrytkę bez mapy i jak dowiedzieć się, kto nas śledzi.

Kuba uśmiechnął się blado, ale zdecydowanie.

— Jutro zaczniemy od początku. Przejdziemy trasę jeszcze raz, popytamy ludzi, poobserwujemy małpy. A kiedyś dowiemy się, kto stoi za tym wszystkim.

Zofia spojrzała na morze.

— A na razie… odpocznijmy. Przed nami jeszcze długa droga do kompasu Mikołaja.

Gwiazdy zaczęły zapalać się na niebie, a ciepły wiatr od morza kołysał palmy przed domem. Misja nie posunęła się naprzód tak, jak planowali, ale coś ważnego stało się jasne:

Nie są w tej przygodzie sami. Ktoś niewidzialny idzie ich śladem.