Poranek w Krainie Zwierząt minął jak zwykle — Ala śpiewała pod prysznicem o szóstej rano, detektywi zrobili wspólną gimnastykę prowadzoną przez Kubę, wykąpali się w jeziorze, a potem zjedli zdrowe śniadanie. Patrycja delektowała się swoim tostem z sera koziego z ziołami, Alfred zajadał mrówki z ogrodu, Zofia żuła świeże liście akacji, Kuba pochłaniał owsiankę z owocami, a Ala dziubała nasiona słonecznika.
Teraz przyszedł czas na coś ważnego — dyżur porad dla mieszkańców Krainy Zwierząt.
Stół porad
Detektywi usiedli przy wielkim drewnianym stole na tarasie, który służył jako biuro przyjęć. Patrycja otworzyła swój dziennik śledztw, Zofia rozłożyła lornetkę obok siebie, Alfred przygotował fiolki z ziołami, Kuba nałożył swój ulubiony brązowy kapelusz safari, a Ala usiadła na poręczy krzesła, wypatrując pierwszego gościa.
— Kto pierwszy potrzebuje naszej pomocy? — zapytała Patrycja, spoglądając w stronę bramy.
Z kierunku ogrodu wyszedł pan Borsuk Benedykt, trzymając w łapach pleciony kosz.
— Dzień dobry, detektywi! — powiedział z niepokojem. — Mam pewien problem…
— Dzień dobry, panie Benedykcie! — odpowiedziała Patrycja. — Proszę usiąść i opowiedzieć, co się stało.
Pan Borsuk usiadł ciężko na krześle i westchnął.
— W moim ogrodzie zniknęły wszystkie korzenie marchwi, ale same marchewki zostały! Ktoś wykopał moje marchewki, zjadł korzenie, a zielone wierzchołki wetknął z powrotem w ziemię! Wygląda, jakby marchewki rosły, ale gdy je pociągnę — są puste dziury!
Patrycja zmrużyła oczy i spojrzała przez szkło powiększające na marchewki, które pan Borsuk przyniósł w koszu.
— Interesujące… Alfred, czy wyczuwasz jakiś szczególny zapach?
Alfred podszedł bliżej, wyciągnął swój długi nos i powąchał.
— Czuję słodki zapach marchewki, ale także zapach jagód i… czegoś metalicznego!
— Metalicznego? — zdziwiła się Zofia.
Patrycja zapisała coś w dzienniku i podniosła palec.
— Mam teorię! Panie Benedykcie, czy w pobliżu pana ogrodu mieszka rodzina zajęcy?
— No… tak — przyznał Borsuk. — Rodzina pani Zajęczycy z małymi zajączkami.
— A czy małe zajączki dostały ostatnio jakieś metalowe zabawki?
Pan Borsuk klasnął w łapy.
— Ależ tak! Widziałem, jak mama Zajęczyca kupiła im małe metalowe łopatki na targu!
Patrycja skinęła głową z uśmiechem.
— To proste! Małe zajączki bawiły się w kopanie, znalazły pana ogród i wyjadły marchewki. A potem, żeby ukryć psotę, wetknęły same wierzchołki z powrotem! Zapach jagód to sok, który piły podczas zabawy.
Kuba parsknął śmiechem.
— Sprytne zajączki!
— Dziękuję! — uśmiechnął się pan Borsuk. — Teraz pójdę porozmawiać z panią Zajczycą — na pewno się dogadamy!
Alfred podniósł łapkę.
— A ja mogę przygotować dla małych zajączków specjalną grządkę marchewek tylko dla nich — wtedy będą miały swoje miejsce do zabawy!
— Wspaniały pomysł! — zawołał pan Borsuk i poszedł w stronę bramy, zadowolony.
Żółw Żelek mówi bardzo powoli
Ledwo pan Borsuk zniknął za bramą, gdy na taras wszedł bardzo powoli Żółw Żelek.
— Dzień… — zaczął Żelek.
Minęło kilka sekund.
— …dobry… — kontynuował.
Kolejne kilka sekund.
— …drodzy… — mówił dalej.
Patrycja, Kuba, Zofia, Alfred i Ala spojrzeli po sobie cierpliwie.
— …detektywi… — dodał Żelek po następnej pauzie.
Kuba szepnął do Patrycji:
— To może potrwać…
Patrycja skinęła głową i uśmiechnęła się przyjaźnie do Żelka.
— Dzień dobry, panie Żelku! Proszę usiąść wygodnie. Mamy dla pana czas.
Żółw Żelek bardzo powoli usiadł na krześle. Minęła minuta.
— Mam… — zaczął.
— …pewien… — kontynuował po chwili.
Ala zaczęła nerwowo trzepotać skrzydłami, ale Zofia delikatnie pogłaskała ją dla uspokojenia.
— …problem… — dokończył Żelek.
— Słuchamy uważnie — powiedziała cierpliwie Patrycja.
Żółw Żelek wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać o swoim problemie bardzo, bardzo wolno:
— Widzicie… kiedyś… spotkałem… kogoś…
Nagle detektywi usłyszeli głośne, wesołe dzwonienie dzwoneczków i szybkie tuptanie kopyt!
DING DING DING! TOP-TOP-TOP-TOP!
Wszyscy odwrócili głowy w stronę bramy.
Złośnik wbiega na posiadłość
Przez bramę wbiegł piękny renifer z czerwonym nosem i dzwoneczkami dźwięczącymi na obroży! Był wspaniały — futro lśniące, rogi dumne, a lekko czerwony nos wyraźnie widoczny nawet w świetle dnia.
Żółw Żelek spojrzał na renifera i bardzo powoli powiedział:
— …Rudolf?
Zofia również pomyślała, że to słynny Rudolf, renifer Mikołaja.
— Rudolf! Jaka niespodzianka! — zawołała.
Ale renifer zatrzymał się przed detektywami, otrząsnął się i powiedział wesoło:
— Och, nie, nie! Mam na imię Złośnik! To częsta pomyłka!
— Złośnik? — zdziwiła się Patrycja.
Renifer skinął głową, a dzwoneczki zadźwięczały ponownie.
— Tak! Ludzie często myślą, że każdy renifer z czerwonym nosem to Rudolf, ale my jesteśmy różni!
Kuba pochylił się do przodu, zaciekawiony.
— A czym się różnicie?
Złośnik uśmiechnął się szeroko.
— Rudolf ma nos, który magicznie świeci w ciemnościach i oświetla drogę Mikołajowi podczas wigilijnej nocy — to jego specjalna moc! Jego nos jest jak latarnia — kiedy zapada noc i pada śnieg, Rudolf prowadzi sanie przez najbardziej mroczne zakątki świata. Ja natomiast mam czerwony nos, bo tak działają nasze reniferowe nosy — wysokie ukrwienie pomaga nam regulować temperaturę ciała i szukać jedzenia pod śniegiem. Mój nos nie świeci jak latarnia, ale jest bardzo ciepły i pomaga mi węszyć! Im zimniej, tym nos jest bardziej czerwony.
— A jestem znany z czegoś innego — kontynuował Złośnik z szelmowskim uśmiechem. — Jestem mistrzem magicznych sztuczek! I… wszyscy lubią mi się zwierzać. Nawet Mikołaj!
Kuba usiadł i założył łapy na piersi.
— Magicznych sztuczek? Pokaż coś!
Złośnik mrugnął okiem, machnął kopytem w powietrza i nagle… z niczego wyciągnął trzy małe zamarznięte ciasteczka w kształcie gwiazdek!
— Hop! Świeże ciasteczka prosto z warsztatu Mikołaja!
Ala zaklaskała skrzydłami.
— Wspaniale! Ale… czemu nas odwiedzasz, Złośniku?
Złośnik spoważniał, rozejrzał się dookoła i obniżył głos.
— Przyszedłem z bardzo ważną, dyskretną misją. Ale najpierw… — spojrzał na Żółwia Żelka — czy mógłbym porozmawiać z detektywami na osobności?
Patrycja skinęła głową.
— Panie Żelku, czy mógłby pan wrócić później? Obiecuję, że wysłuchamy pana problemu do końca!
Żółw Żelek bardzo powoli skinął głową.
— Dobrze… wrócę… później… — powiedział i bardzo powoli zaczął schodzić z tarasu.
Detektywi czekali cierpliwie, aż Żelek odszedł kawałek od domku. Trwało to kilka minut, ale w końcu żółw znalazł się wystarczająco daleko.
Tajna misja — problem Mikołaja
Złośnik usiadł przy stole i wziął głęboki oddech. Patrycja otworzyła nową stronę w dzienniku śledztw, przygotowana do zapisywania szczegółów.
— Przyjaciele — zaczął Złośnik poważnie — zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Za kilka tygodni Mikołaj wyrusza w swoją coroczną podróż dookoła świata, aby odwiedzić wszystkie dzieci i zostawić im prezenty.
— To cudownie! — zawołała Ala.
— Tak, ale… — Złośnik zmarszczył brwi — w tym roku pojawił się poważny problem.
Wszyscy detektywi nachylili się bliżej.
— Sanie Mikołaja są wyposażone w nowoczesny system nawigacji GPS — powiedział Złośnik. — Ten system wskazuje dokładną lokalizację domów, pokazuje najszybsze trasy i pozwala Mikołajowi dotrzeć do każdego dziecka na świecie w jedną noc. Ale ostatnio, z powodu zwiększonej aktywności słońca i rosnącego zanieczyszczenia atmosfery, GPS w saniach zaczął szwankować.
Alfred zmarszczył czoło.
— Szwankować? Co to znaczy?
— GPS wskazuje złe lokalizacje — wyjaśnił Złośnik. — Czasem mówi, że dom jest trzy kilometry dalej, niż jest naprawdę. Czasem gubi połączenie i przestaje działać na pół godziny. A czasem w ogóle się wyłącza! Elfy próbowały to naprawić, ale problem jest w atmosferze, nie w urządzeniu.
Zofia uniosła szyję wysoko.
— To brzmi bardzo poważnie… Jeśli GPS nie działa, jak Mikołaj znajdzie wszystkie domy?
Złośnik skinął głową.
— Dokładnie! Dlatego Mikołaj potrzebuje zapasowego rozwiązania. I ma je — tradycyjny, stary kompas i papierowe mapy! Te narzędzia nigdy nie zawiodły. Nie potrzebują sygnału satelitarnego, nie zależą od elektryczności. Kompas zawsze wskazuje północ, a mapy są dokładne.
Kuba wyprostował się dumnie.
— No to super! Niech użyje kompasu!
Złośnik westchnął ciężko.
— I tu właśnie pojawia się problem… Od kilku tygodni elfy przeszukują cały warsztat Mikołaja, magazyny, strychy, piwnice — wszędzie. Ale kompas zaginął. Nikt nie wie, gdzie się podział!
— Zaginął?! — pisnęła Patrycja, robiąc szybką notatkę.
— Tak — potwierdził Złośnik. — Kompas był ostatnio używany bardzo dawno temu, w roku 1999.
Alfred podrapał się po głowie.
— Rok 1999? To było ponad dwadzieścia pięć lat temu!
— Dokładnie — powiedział Złośnik. — Pamiętacie problem milenijny. Bo tak się nazywał problem roku 2000?
Patrycja skinęła głową.
— Tak! Słyszałam o tym. Wszyscy obawiali się, że komputery przestaną działać, gdy rok zmieni się z 1999 na 2000, bo systemy komputerowe nie były zaprogramowane na zmianę wieku.
— Właśnie! — zawołał Złośnik. — Wszyscy bali się, że komputery odmówią posłuszeństwa, samoloty spadną z nieba, banki stracą wszystkie dane, a nawet… GPS w saniach Mikołaja przestanie działać!
Kuba otworzył szeroko oczy.
— I co się stało?
— Mikołaj postanowił być przygotowany — ciągnął Złośnik. — Wyjął z magazynu stary, tradycyjny kompas i mapy, które służyły jego rodzinie od setek lat. I w Wigilię 1999 roku poleciał z tym kompasem, gotowy na każdą ewentualność.
— I zadziałało? — zapytała Zofia.
Złośnik uśmiechnął się lekko.
— Tak! Kompas działał wspaniale. Mikołaj odwiedził wszystkie dzieci. A potem okazało się, że komputery jednak nie przestały działać — problem milenijny był wyolbrzymiony. GPS w saniach działał bez problemu. Więc Mikołaj, zadowolony, odłożył kompas gdzieś w warsztacie… i od tamtej pory nikt go nie widział.
— Od 1999 roku do teraz to dwadzieścia sześć lat — policzyła Patrycja. — Kompas mógł zostać odłożony gdziekolwiek!
Złośnik skinął głową smutno.
— Elfy przeszukują każdy kąt. Mikołaj osobiście sprawdza każdą półkę. Ale kompasu nie ma. A czas ucieka — święta zbliżają się wielkimi krokami, a bez kompasu Mikołaj może się zgubić…
Alfred wyciągnął swoją fiolkę z ziołami uspokajającymi.
— To musi być bardzo stresujące dla Mikołaja…
— Jest — przyznał Złośnik. — Ale Mikołaj nie chce wzbudzać niepokoju. Dzieci nie mogą się dowiedzieć, że coś jest nie tak. Dlatego misja poszukiwania kompasu jest tajna. Mikołaj powierzył ją tylko dwóm najbardziej zaufanym elfom i… zwierzył się mnie.
Ala podskoczyła na poręczy.
— A dlaczego akurat tobie?
Złośnik uśmiechnął się ciepło.
— Bo, jak mówiłem, wszyscy lubią mi się zwierzać. Mam taką cechę — potrafię słuchać i dochować tajemnicy. Mikołaj wie, że może mi zaufać. I dlatego, gdy elfom nie udało się znaleźć kompasu, Mikołaj poprosił mnie o pomoc.
Kuba wyprostował się dumnie.
— I przyszedłeś do nas!
— Tak! — zawołał Złośnik. — Kilka tygodni temu spotkałem się na międzynarodowym treningu magicznych sztuczek z panią Gazelą z waszej Krainy. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, a ona z entuzjazmem opowiadała mi o zespole detektywów, którzy mieszkają nad jeziorem. Mówiła, że rozwiązaliście zagadkę zaginionych bransoletek, tajemnicę starożytnej mapy, pomogliście odnaleźć zaginione nasiona zimowych drzew, a nawet rozwikłaliście kod latarni!
Patrycja zapisała coś w dzienniku.
— Pani Gazela to nasza dobra znajoma — powiedziała skromnie.
— Powiedziała mi, że jesteście najlepszymi detektywami, jakich zna — ciągnął Złośnik. — I że jeśli ktoś może pomóc Mikołajowi, to właśnie wy!
Patrycja podniosła łapkę.
— Złośniku, czy masz jakiekolwiek wskazówki, gdzie możemy zacząć poszukiwania? Czy elfy znalazły jakiś ślad?
Złośnik zastanowił się przez chwilę.
— Tak! Jeden z najstarszych elfów, elf Eustachy, przypomniał sobie coś ważnego. Powiedział, że przed laty, gdy był młody, słyszał legendę o dwóch wielkich sowach żyjących na szczycie wzgórza na końcu krainy ludzi.
— Sowach? — zapytała Zofia.
— Tak — potwierdził Złośnik. — Podobno te sowy są bardzo mądre i wiedzą o wszystkich zaginionych przedmiotach na świecie. Ludzie nazywają je Strażniczkami Zaginionych Rzeczy.
Patrycja zmarszczyła czoło.
— Ale nie wiemy, gdzie one mieszkają, prawda?
Złośnik pokiwał smutno głową.
— Niestety nie. Elfy szukają wskazówek, ale na razie nic nie znalazły. A ja będę dalej pytać w Laponii. Jeśli się czegoś dowiem — natychmiast dam wam znać!
Kuba wyprostował się dumnie.
— My też zaczniemy szukać! Przeszukamy księgi, mapy, zapytamy przyjaciół!
Złośnik ukłonił się i pobiegł w stronę bramy, dzwoneczki radośnie dźwięczały.
Detektywi rozeszli się do swoich zadań. Patrycja pobiegła do biblioteki, Zofia rozłożyła mapy, Alfred pakował prowiant, a Ala przygotowała pergamin do pisania listów.
Wieczorem usiedli na tarasie i spojrzeli na gwiazdy.
— Nie zawiedziemy — powiedział cicho Kuba.
A gdzieś daleko, w Laponii, Mikołaj westchnął:
— Oby wszystko się udało…
